Rostowski zapowiada opłatę bankową

marzec 14th, 2012
Rostowski zapowiada opłatę bankową
Minister finansów Jacek Rostowski zapowiedział podczas Forum Bankowego 2012, że jeszcze w tym roku resort finansów chce wprowadzić opłatę bankową. Trafiałaby ona na specjalny fundusz stabilizacyjny działający w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym.
Prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz zaapelował do ministra “o ogromną powściągliwość we wprowadzaniu różnego rodzaju obciążeń dla sektora bankowego”. Wskazał, że na forum europejskim mówi się o wprowadzeniu podatku od transakcji bankowych.
- Rozumiemy ten zamysł i cieszymy się, że ustawa już wygląda rzeczywiście nieźle, ale zachowanie, tak jak do tej pory, pewnej pryncypialnej elastyczności, byłoby dobrym podejściem – zaznaczył Pietraszkiewicz.
Opłata bankowa ma być rodzajem opłaty tzw. ostrożnościowej, uiszczanej przez niektóre instytucje prowadzące działalność bankową. Trafiałaby ona na specjalny fundusz stabilizacyjny działający w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym. Przewiduje ją projekt nowelizacji ustawy o BFG.
W opublikowanej 8 marca nowej wersji projektu Ministerstwo Finansów (po tzw. międzyministerialnej konferencji uzgodnieniowej) zmieniło m.in. podstawy naliczania opłaty. Stanowiłaby ona część uiszczanej już obecnie przez banki opłaty rocznej na rzecz BFG, z tym, że finansowałaby fundusz stabilizacyjny.
Opłata na fundusz stabilizacyjny ma stanowić koszt uzyskania przychodu dla banków.
“Proponowana ustawa ustanawia zasadę partycypacji środków prywatnych w przypadku konieczności ponoszenia nakładów na sanację instytucji finansowych. Przyjęty model wydaje się być rozwiązaniem optymalnym z punktu widzenia realiów polskiej gospodarki, uwzględniając aktualną sytuację sektora finansowego oraz brak konieczności ponoszenia wydatków ze środków publicznych na sanację tego sektora w latach 2008-2010″ – napisano w uzasadnieniu do ustawy.
Zgodnie z projektem środki akumulowane w funduszu stabilizacyjnym byłyby przeznaczane na współfinansowanie doraźnej pomocy przyznawanej przez BFG – udzielanie bankom gwarancji podwyższania funduszy własnych.
Zgodnie z początkowymi propozycjami resortu finansów podstawa, od której naliczana byłaby opłata ostrożnościowa, miała zostać ustalona w odmienny sposób w bankach krajowych i w oddziałach banków zagranicznych.
W przypadku banku krajowego punktem wyjścia miała być wielkość pasywów wykazana w zatwierdzonym sprawozdaniu finansowym banku za rok poprzedzający rok, w którym uiszczana jest opłata pomniejszona o wysokość funduszy podstawowych banku oraz sumę środków gwarantowanych. Opłata ostrożnościowa miałaby być uiszczana dwa razy w każdym roku – do 1 lipca oraz 31 grudnia.
Źródło: Wirtualna Polska – WP.pl

Minister finansów Jacek Rostowski zapowiedział podczas Forum Bankowego 2012, że jeszcze w tym roku resort finansów chce wprowadzić opłatę bankową. Trafiałaby ona na specjalny fundusz stabilizacyjny działający w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym.

Prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz zaapelował do ministra “o ogromną powściągliwość we wprowadzaniu różnego rodzaju obciążeń dla sektora bankowego”. Wskazał, że na forum europejskim mówi się o wprowadzeniu podatku od transakcji bankowych.

- Rozumiemy ten zamysł i cieszymy się, że ustawa już wygląda rzeczywiście nieźle, ale zachowanie, tak jak do tej pory, pewnej pryncypialnej elastyczności, byłoby dobrym podejściem – zaznaczył Pietraszkiewicz.

Opłata bankowa ma być rodzajem opłaty tzw. ostrożnościowej, uiszczanej przez niektóre instytucje prowadzące działalność bankową. Trafiałaby ona na specjalny fundusz stabilizacyjny działający w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym. Przewiduje ją projekt nowelizacji ustawy o BFG.

W opublikowanej 8 marca nowej wersji projektu Ministerstwo Finansów (po tzw. międzyministerialnej konferencji uzgodnieniowej) zmieniło m.in. podstawy naliczania opłaty. Stanowiłaby ona część uiszczanej już obecnie przez banki opłaty rocznej na rzecz BFG, z tym, że finansowałaby fundusz stabilizacyjny.

Opłata na fundusz stabilizacyjny ma stanowić koszt uzyskania przychodu dla banków.

“Proponowana ustawa ustanawia zasadę partycypacji środków prywatnych w przypadku konieczności ponoszenia nakładów na sanację instytucji finansowych. Przyjęty model wydaje się być rozwiązaniem optymalnym z punktu widzenia realiów polskiej gospodarki, uwzględniając aktualną sytuację sektora finansowego oraz brak konieczności ponoszenia wydatków ze środków publicznych na sanację tego sektora w latach 2008-2010″ – napisano w uzasadnieniu do ustawy.

Zgodnie z projektem środki akumulowane w funduszu stabilizacyjnym byłyby przeznaczane na współfinansowanie doraźnej pomocy przyznawanej przez BFG – udzielanie bankom gwarancji podwyższania funduszy własnych.

Zgodnie z początkowymi propozycjami resortu finansów podstawa, od której naliczana byłaby opłata ostrożnościowa, miała zostać ustalona w odmienny sposób w bankach krajowych i w oddziałach banków zagranicznych.

W przypadku banku krajowego punktem wyjścia miała być wielkość pasywów wykazana w zatwierdzonym sprawozdaniu finansowym banku za rok poprzedzający rok, w którym uiszczana jest opłata pomniejszona o wysokość funduszy podstawowych banku oraz sumę środków gwarantowanych. Opłata ostrożnościowa miałaby być uiszczana dwa razy w każdym roku – do 1 lipca oraz 31 grudnia.

Źródło: Wirtualna Polska – WP.pl

PO przejęła pełną kontrolę nad Komisję Nadzoru Finansowego

marzec 11th, 2012

Platforma przejęła pełną kontrolę nad Komisją Nadzoru Finansowego, jednym z najpotężniejszych urzędów w państwie. W październiku ubiegłego roku bez specjalnego zainteresowania mediów Donald Tusk zmienił przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego. Na miejsce Stanisława Kluzy (który skończył pięcioletnią kadencję) powołał Andrzeja Jakubiaka, który aby objąć funkcję, musiał zrezygnować z bycia zastępcą Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jakubiak ma doświadczenie w bankowości. Pracował w NBP w latach 1991-2006, a więc gdy prezesem NBP była obecna prezydent Warszawy, a po niej Leszek Balcerowicz. W ten sposób Platforma skupiła pełnię władzy w Polsce. KNF odpowiada bowiem za kluczowe w trakcie kryzysu monitorowanie płynności instytucji finansowych (banków, ubezpieczycieli itp.), ale także za badanie, czy w bankach nie ma prób prania brudnych pieniędzy. Jedną z ważniejszych funkcji KNF jest m.in. zapobieganie transferowaniu pieniędzy z polskiego sektora bankowego na ratunek przeżywających kryzys banków zachodnich. Analiza powiązań towarzyskich i rodzinnych nowego kierownictwa pozwala postawić pytanie, czy KNF będzie w stanie realnie nadzorować wszystkie podległe jej podmioty. Na dodatek nowy szef KNF jest zadłużony w trzech bankach, które ma nadzorować, na kwotę 1,2 mln zł (ostatni kredyt hipoteczny na kwotę około 800 tys. zł otrzymał od Pekao SA).

Desant ludzi Balcerowicza
KNF to jeden z najważniejszych urzędów w Polsce. Bez zgody tej instytucji nie można zostać nie tylko prezesem, ale nawet członkiem zarządu banku czy firmy ubezpieczeniowej. Do 2006 roku funkcje nadzorcze nad rynkiem finansowym w Polsce były podzielone między kilka instytucji. PiS połączyło je w jeden urząd nie tylko po to, aby usprawnić nadzór, ale przede wszystkim po to, aby wyrwać kontrolę nad nim z rąk ludzi, którzy sprawowali ją od transformacji – w dużej części związanych ze środowiskiem Leszka Balcerowicza (prezes NBP w latach 2001-2007). Teraz wracają oni do dawnych wpływów.
Nowy szef KNF Jakubiak – jak twierdzą nasi informatorzy – miał rekomendacje Jana Krzysztofa Bieleckiego i Leszka Balcerowicza. Ten ostatni ma jeszcze jedną osobę we władzach KNF – przedstawicielem prezydenta jest tam Jerzy Pruski, jego zastępca w NBP. Kariera Jakubiaka jest związana z obecną władzą. Jako wiceprezydent Warszawy zajmował się on polityką lokalową i gospodarką nieruchomościami. Z nadzoru odszedł, gdy szefem NBP został kojarzony z PiS Sławomir Skrzypek. Na swojego zastępcę wybrał Wojciecha Kwaśniaka, byłego Głównego Inspektora Nadzoru Bankowego (GINB) w NBP. Żona Kwaśniaka, Agata, jest szefem spółki Pekao Bank Hipoteczny. To bardzo kontrowersyjna nominacja, przywracająca niezdrową sytuację, która miała miejsce za rządów Balcerowicza w NBP.
Oczywisty konflikt interesów
Chociaż Kwaśniak po objęciu stanowiska „wyłączył się” z nadzoru nad tym bankiem, była to wymuszona konieczność. O tym, że jego żona pracuje w grupie Pekao, wiadomo publicznie od czasu głośnej awantury związanej z fuzją BPH PBK i Pekao SA w marcu 2006 roku. Ówczesny szef NBP Leszek Balcerowicz, kierując się „elementarnym poczuciem praworządności”, wyłączył bowiem z posiedzenia wiceministra Cezarego Mecha jako „stronniczego” przedstawiciela rządu. Wówczas zwrócono Balcerowiczowi uwagę, że jeżeli przyjąć jego interpretację, to to samo „poczucie praworządności”, które kazało mu wykluczyć Mecha, powinno kazać mu wykluczyć jeszcze co najmniej Wojciecha Kwaśniaka, generalnego inspektora nadzoru bankowego, oraz samemu wyłączyć się z postępowania. Tak jak Mecha uznano za stronniczego, bo a priori był przeciwny fuzji Pekao SA i Banku BPH oraz wszelkim decyzjom, które do tego zmierzają, tak Kwaśniaka, którego inspektorat jest organem wykonawczym Komisji Nadzoru Bankowego i działa w ramach struktury NPB, można było uznać za stronniczego na korzyść Pekao SA i kontrolującego ten bank włoskiego UniCredit. Agata Kwaśniak, żona inspektora, była wówczas dyrektorem finansowym w BPH Banku Hipotecznym, należącym do grupy, którą przejął UniCredit. Balcerowicz nie wyłączył wówczas jednak Kwaśniaka (ostatecznie wstrzymał się on od głosu), siebie również.
Obecna decyzja Kwaśniaka o wyłączeniu bynajmniej nie rozwiązuje problemów, bowiem bezpośredni nadzór ze strony KNF nad Bankiem Hipotecznym sprawują pracownicy z pionów inspekcji nadzoru bankowego, czyli pionów podlegających właśnie jemu. Sytuacja jest co najmniej niezręczna. Chyba że uznamy, iż podwładni mogą sobie kontrolować firmę żony szefa i nie bać się konsekwencji.
Jak taki nadzór wygląda w praktyce, opisał „Tygodnik Solidarność” w 2006 roku. Otóż Główny Inspektorat Nadzoru Bankowego z wyprzedzeniem zawiadamiał bank, w którym pracowała żona Kwaśniaka, o kontrolach, a także informował, jakie dokumenty będzie badał. Dziennikarze ujawnili wówczas, że kierownictwo banku świadomie w przygotowywanie dokumentów dla GNIB zaangażowało Agatę Kwaśniak. W ten sposób bank zapewniał sobie polisę na wypadek wykrycia nieprawidłowości, bo współwinna ich byłaby małżonka szefa instytucji przeprowadzającej kontrolę. Ten przykład pokazuje, że powiązania rodzinne są wykorzystywane nawet wbrew woli zainteresowanych. Rodzina zaś pełni rolę zakładników.
Nowe kierownictwo KNF błyskawicznie zmieniło strukturę wewnętrzną nadzoru, co otworzyło drogę do zwalniania pracowników (likwidacja ich stanowisk) i przyjmowania swoich. Pięć dni roboczych nie wystarczyło KNF, aby odpowiedzieć na pytania dotyczące potencjalnych konfliktów interesów, a także liczby zwalnianych i zatrudnianych pracowników.
Gra o duże pieniądze
Stawką w tej grze nie są bynajmniej posady w państwowym urzędzie. KNF ma realną wiedzę i władzę. Bank Pekao SA, z którym powiązany rodzinnie jest Kwaśniak, a kredyt ma szef KNF, jest wyraźnie personalnie związany z rządzącą Platformą. Jan Krzysztof Bielecki to najważniejszy doradca (szef Rady Gospodarczej), a jak twierdzą wtajemniczeni, także mentor Donalda Tuska. Bielecki przez 10 lat (do stycznia 2010 r.) pracował w Pekao SA jako prezes. Doradcą w Pekao SA był do czasu objęcia funkcji ministra finansów w 2007 roku Jacek Rostowski. Poprzedniczka Bieleckiego na stanowisku prezesa Pekao SA, Maria Pasło-Wiśniewska, była posłanką Platformy.
Związki Platformy i Balcerowicza z Pekao SA sięgają głębiej. 23 czerwca 1999 roku prywatyzacji banku dokonał rząd Jerzego Buzka, w którym Balcerowicz był wicepremierem i ministrem finansów. Kontrolny pakiet akcji banku nabyło konsorcjum UniCredit i niemieckiego Allianzu. Wiceministrem skarbu odpowiedzialnym wówczas za prywatyzację Pekao SA i Banku Przemysłowo-Handlowego (późniejszy Bank BPH) była Alicja Kornasiewicz, rekomendowana na to stanowisko przez… Balcerowicza.
Kornasiewicz z pracy w ministerstwie trafiła do koncernu, któremu sprzedawała państwowe spółki, a po fuzji w 2006 roku także do grupy UniCredit. Po Janie Krzysztofie Bieleckim to ona była przez rok prezesem Pekao SA. Dziś właściciel tego banku, UniCredit, ma olbrzymie kłopoty finansowe. UniCredit podał 10,6 mld euro straty w trzecim kwartale 2011 roku. To więcej niż połowa obecnej wartości rynkowej banku. UniCredit ma 39 mld euro w obligacjach włoskiego rządu. Włoski rząd może mieć problemy ze spłatą tego długu i w każdej chwili może się okazać, że wierzyciele dostaną np. tylko 50 proc. tego, co pożyczyli. Z kolei polska spółka to przysłowiowy okaz zdrowia. Zysk Grupy Pekao SA w 2011 roku szacowany jest na około 3 mld zł (1 mld $). Już w latach ubiegłych mniejszościowi akcjonariusze oskarżali Włochów o transferowanie pieniędzy do centrali. UniCredit za rządów Platformy czuł się na tyle pewnie, że lekceważył sobie zalecenia KNF.
W 2008 roku, gdy KNF domagała się rezygnacji z wypłacania dywidendy z uwagi na kryzys, UniCredit zadecydował o wypłacie 125 proc. zysku netto (czyli cały zysk oraz dodatkowo część kapitału rezerwowego). Czy nowe kierownictwo KNF wezwie do siebie „na dywanik” prezesa Pekao SA, jeżeli w tym roku akcjonariusze będą chcieli wypłacać podobną dywidendę? Czy może skorzysta z uprawnień KNF i zarządzi kontrolę? Szczerze wątpię. Luigi Lovaglio jest bowiem przyjacielem Jana Krzysztofa Bieleckiego.
Pomijając wątek powiązań towarzyskich, rząd ma także ochotę na dywidendę z PZU i PKO BP wypłaconą wbrew zaleceniom KNF. Resort finansów nie pogardzi kilkoma miliardami złotych dywidendy.
Polityka finansowa
W całej sprawie jest jeszcze jedno tło. Oto niedługo (zapewne za kilka miesięcy) pod kontrolę Komisji Nadzoru Finansowego trafią Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe (popularne SKOK-i). O ile sektor bankowy sprzyja Platformie, to SKOK-i są zapleczem finansowym PiS (Grzegorz Bierecki, szef Krajowej SKOK, został senatorem z list tej partii). Mocno reklamują się w mediach popierających tę partię. Kontrola nad instytucjami wspierającymi konkurenta politycznego ma ogromną wartość.
Na razie nowe kierownictwo KNF zastanawia się, jak zapewnić sobie szczelność, aby nic, co dzieje się w środku, nie trafiało do dziennikarzy. Według naszych informatorów, KNF konsultuje z ABW wprowadzenie zaawansowanego narzędzia do inwigilacji swoich pracowników „Secure 360”. Jest to oprogramowanie gromadzące i analizujące wszystkie dostępne dane elektroniczne (bilingi, odwiedzane strony internetowe itp.). Na ich podstawie typuje potencjalne źródła wycieku informacji.
„Decyzje ma podejmować urzędnik mianowany przez premiera. Naraża to instytucje nadzorcze na udział w bieżących perturbacjach politycznych” – w ten sposób Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, krytykował w 2006 roku powstanie Komisji Nadzoru Finansowego. Wtórowali mu wówczas politycy PO, twierdząc, że „obecny system nadzoru nieźle realizuje swe zadania i utrzymuje równowagę między uczestnikami rynku a państwowym regulatorem”. I nic dziwnego. Nową instytucję tworzyło będące u władzy PiS i to ono miało obsadzać kluczowe stanowiska w nadzorze nad największymi instytucjami finansowymi. Dziś, gdy premierem mianującym urzędnika jest Donald Tusk, takich wątpliwości nie ma…
Autor: Jan Piński, nczas.comPlatforma przejęła pełną kontrolę nad Komisją Nadzoru Finansowego, jednym z najpotężniejszych urzędów w państwie. W październiku ubiegłego roku bez specjalnego zainteresowania mediów Donald Tusk zmienił przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego. Na miejsce Stanisława Kluzy (który skończył pięcioletnią kadencję) powołał Andrzeja Jakubiaka, który aby objąć funkcję, musiał zrezygnować z bycia zastępcą Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jakubiak ma doświadczenie w bankowości. Pracował w NBP w latach 1991-2006, a więc gdy prezesem NBP była obecna prezydent Warszawy, a po niej Leszek Balcerowicz. W ten sposób Platforma skupiła pełnię władzy w Polsce. KNF odpowiada bowiem za kluczowe w trakcie kryzysu monitorowanie płynności instytucji finansowych (banków, ubezpieczycieli itp.), ale także za badanie, czy w bankach nie ma prób prania brudnych pieniędzy. Jedną z ważniejszych funkcji KNF jest m.in. zapobieganie transferowaniu pieniędzy z polskiego sektora bankowego na ratunek przeżywających kryzys banków zachodnich. Analiza powiązań towarzyskich i rodzinnych nowego kierownictwa pozwala postawić pytanie, czy KNF będzie w stanie realnie nadzorować wszystkie podległe jej podmioty. Na dodatek nowy szef KNF jest zadłużony w trzech bankach, które ma nadzorować, na kwotę 1,2 mln zł (ostatni kredyt hipoteczny na kwotę około 800 tys. zł otrzymał od Pekao SA).

Desant ludzi Balcerowicza

KNF to jeden z najważniejszych urzędów w Polsce. Bez zgody tej instytucji nie można zostać nie tylko prezesem, ale nawet członkiem zarządu banku czy firmy ubezpieczeniowej. Do 2006 roku funkcje nadzorcze nad rynkiem finansowym w Polsce były podzielone między kilka instytucji. PiS połączyło je w jeden urząd nie tylko po to, aby usprawnić nadzór, ale przede wszystkim po to, aby wyrwać kontrolę nad nim z rąk ludzi, którzy sprawowali ją od transformacji – w dużej części związanych ze środowiskiem Leszka Balcerowicza (prezes NBP w latach 2001-2007). Teraz wracają oni do dawnych wpływów.

Nowy szef KNF Jakubiak – jak twierdzą nasi informatorzy – miał rekomendacje Jana Krzysztofa Bieleckiego i Leszka Balcerowicza. Ten ostatni ma jeszcze jedną osobę we władzach KNF – przedstawicielem prezydenta jest tam Jerzy Pruski, jego zastępca w NBP. Kariera Jakubiaka jest związana z obecną władzą. Jako wiceprezydent Warszawy zajmował się on polityką lokalową i gospodarką nieruchomościami. Z nadzoru odszedł, gdy szefem NBP został kojarzony z PiS Sławomir Skrzypek. Na swojego zastępcę wybrał Wojciecha Kwaśniaka, byłego Głównego Inspektora Nadzoru Bankowego (GINB) w NBP. Żona Kwaśniaka, Agata, jest szefem spółki Pekao Bank Hipoteczny. To bardzo kontrowersyjna nominacja, przywracająca niezdrową sytuację, która miała miejsce za rządów Balcerowicza w NBP.

Oczywisty konflikt interesów

Chociaż Kwaśniak po objęciu stanowiska „wyłączył się” z nadzoru nad tym bankiem, była to wymuszona konieczność. O tym, że jego żona pracuje w grupie Pekao, wiadomo publicznie od czasu głośnej awantury związanej z fuzją BPH PBK i Pekao SA w marcu 2006 roku. Ówczesny szef NBP Leszek Balcerowicz, kierując się „elementarnym poczuciem praworządności”, wyłączył bowiem z posiedzenia wiceministra Cezarego Mecha jako „stronniczego” przedstawiciela rządu. Wówczas zwrócono Balcerowiczowi uwagę, że jeżeli przyjąć jego interpretację, to to samo „poczucie praworządności”, które kazało mu wykluczyć Mecha, powinno kazać mu wykluczyć jeszcze co najmniej Wojciecha Kwaśniaka, generalnego inspektora nadzoru bankowego, oraz samemu wyłączyć się z postępowania. Tak jak Mecha uznano za stronniczego, bo a priori był przeciwny fuzji Pekao SA i Banku BPH oraz wszelkim decyzjom, które do tego zmierzają, tak Kwaśniaka, którego inspektorat jest organem wykonawczym Komisji Nadzoru Bankowego i działa w ramach struktury NPB, można było uznać za stronniczego na korzyść Pekao SA i kontrolującego ten bank włoskiego UniCredit. Agata Kwaśniak, żona inspektora, była wówczas dyrektorem finansowym w BPH Banku Hipotecznym, należącym do grupy, którą przejął UniCredit. Balcerowicz nie wyłączył wówczas jednak Kwaśniaka (ostatecznie wstrzymał się on od głosu), siebie również.

Obecna decyzja Kwaśniaka o wyłączeniu bynajmniej nie rozwiązuje problemów, bowiem bezpośredni nadzór ze strony KNF nad Bankiem Hipotecznym sprawują pracownicy z pionów inspekcji nadzoru bankowego, czyli pionów podlegających właśnie jemu. Sytuacja jest co najmniej niezręczna. Chyba że uznamy, iż podwładni mogą sobie kontrolować firmę żony szefa i nie bać się konsekwencji.

Jak taki nadzór wygląda w praktyce, opisał „Tygodnik Solidarność” w 2006 roku. Otóż Główny Inspektorat Nadzoru Bankowego z wyprzedzeniem zawiadamiał bank, w którym pracowała żona Kwaśniaka, o kontrolach, a także informował, jakie dokumenty będzie badał. Dziennikarze ujawnili wówczas, że kierownictwo banku świadomie w przygotowywanie dokumentów dla GNIB zaangażowało Agatę Kwaśniak. W ten sposób bank zapewniał sobie polisę na wypadek wykrycia nieprawidłowości, bo współwinna ich byłaby małżonka szefa instytucji przeprowadzającej kontrolę. Ten przykład pokazuje, że powiązania rodzinne są wykorzystywane nawet wbrew woli zainteresowanych. Rodzina zaś pełni rolę zakładników.

Nowe kierownictwo KNF błyskawicznie zmieniło strukturę wewnętrzną nadzoru, co otworzyło drogę do zwalniania pracowników (likwidacja ich stanowisk) i przyjmowania swoich. Pięć dni roboczych nie wystarczyło KNF, aby odpowiedzieć na pytania dotyczące potencjalnych konfliktów interesów, a także liczby zwalnianych i zatrudnianych pracowników.

Gra o duże pieniądze

Stawką w tej grze nie są bynajmniej posady w państwowym urzędzie. KNF ma realną wiedzę i władzę. Bank Pekao SA, z którym powiązany rodzinnie jest Kwaśniak, a kredyt ma szef KNF, jest wyraźnie personalnie związany z rządzącą Platformą. Jan Krzysztof Bielecki to najważniejszy doradca (szef Rady Gospodarczej), a jak twierdzą wtajemniczeni, także mentor Donalda Tuska. Bielecki przez 10 lat (do stycznia 2010 r.) pracował w Pekao SA jako prezes. Doradcą w Pekao SA był do czasu objęcia funkcji ministra finansów w 2007 roku Jacek Rostowski. Poprzedniczka Bieleckiego na stanowisku prezesa Pekao SA, Maria Pasło-Wiśniewska, była posłanką Platformy.

Związki Platformy i Balcerowicza z Pekao SA sięgają głębiej. 23 czerwca 1999 roku prywatyzacji banku dokonał rząd Jerzego Buzka, w którym Balcerowicz był wicepremierem i ministrem finansów. Kontrolny pakiet akcji banku nabyło konsorcjum UniCredit i niemieckiego Allianzu. Wiceministrem skarbu odpowiedzialnym wówczas za prywatyzację Pekao SA i Banku Przemysłowo-Handlowego (późniejszy Bank BPH) była Alicja Kornasiewicz, rekomendowana na to stanowisko przez… Balcerowicza.

Kornasiewicz z pracy w ministerstwie trafiła do koncernu, któremu sprzedawała państwowe spółki, a po fuzji w 2006 roku także do grupy UniCredit. Po Janie Krzysztofie Bieleckim to ona była przez rok prezesem Pekao SA. Dziś właściciel tego banku, UniCredit, ma olbrzymie kłopoty finansowe. UniCredit podał 10,6 mld euro straty w trzecim kwartale 2011 roku. To więcej niż połowa obecnej wartości rynkowej banku. UniCredit ma 39 mld euro w obligacjach włoskiego rządu. Włoski rząd może mieć problemy ze spłatą tego długu i w każdej chwili może się okazać, że wierzyciele dostaną np. tylko 50 proc. tego, co pożyczyli. Z kolei polska spółka to przysłowiowy okaz zdrowia. Zysk Grupy Pekao SA w 2011 roku szacowany jest na około 3 mld zł (1 mld $). Już w latach ubiegłych mniejszościowi akcjonariusze oskarżali Włochów o transferowanie pieniędzy do centrali. UniCredit za rządów Platformy czuł się na tyle pewnie, że lekceważył sobie zalecenia KNF.

W 2008 roku, gdy KNF domagała się rezygnacji z wypłacania dywidendy z uwagi na kryzys, UniCredit zadecydował o wypłacie 125 proc. zysku netto (czyli cały zysk oraz dodatkowo część kapitału rezerwowego). Czy nowe kierownictwo KNF wezwie do siebie „na dywanik” prezesa Pekao SA, jeżeli w tym roku akcjonariusze będą chcieli wypłacać podobną dywidendę? Czy może skorzysta z uprawnień KNF i zarządzi kontrolę? Szczerze wątpię. Luigi Lovaglio jest bowiem przyjacielem Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Pomijając wątek powiązań towarzyskich, rząd ma także ochotę na dywidendę z PZU i PKO BP wypłaconą wbrew zaleceniom KNF. Resort finansów nie pogardzi kilkoma miliardami złotych dywidendy.

Polityka finansowa

W całej sprawie jest jeszcze jedno tło. Oto niedługo (zapewne za kilka miesięcy) pod kontrolę Komisji Nadzoru Finansowego trafią Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe (popularne SKOK-i). O ile sektor bankowy sprzyja Platformie, to SKOK-i są zapleczem finansowym PiS (Grzegorz Bierecki, szef Krajowej SKOK, został senatorem z list tej partii). Mocno reklamują się w mediach popierających tę partię. Kontrola nad instytucjami wspierającymi konkurenta politycznego ma ogromną wartość.

Na razie nowe kierownictwo KNF zastanawia się, jak zapewnić sobie szczelność, aby nic, co dzieje się w środku, nie trafiało do dziennikarzy. Według naszych informatorów, KNF konsultuje z ABW wprowadzenie zaawansowanego narzędzia do inwigilacji swoich pracowników „Secure 360”. Jest to oprogramowanie gromadzące i analizujące wszystkie dostępne dane elektroniczne (bilingi, odwiedzane strony internetowe itp.). Na ich podstawie typuje potencjalne źródła wycieku informacji.

„Decyzje ma podejmować urzędnik mianowany przez premiera. Naraża to instytucje nadzorcze na udział w bieżących perturbacjach politycznych” – w ten sposób Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, krytykował w 2006 roku powstanie Komisji Nadzoru Finansowego. Wtórowali mu wówczas politycy PO, twierdząc, że „obecny system nadzoru nieźle realizuje swe zadania i utrzymuje równowagę między uczestnikami rynku a państwowym regulatorem”. I nic dziwnego. Nową instytucję tworzyło będące u władzy PiS i to ono miało obsadzać kluczowe stanowiska w nadzorze nad największymi instytucjami finansowymi. Dziś, gdy premierem mianującym urzędnika jest Donald Tusk, takich wątpliwości nie ma…

Autor: Jan Piński, nczas.com

Komorowski pogratulował Putinowi

marzec 7th, 2012
Komorowski pogratulował Putinowi
Kancelaria Prezydenta poinformowała, że Bronisław Komorowski w rozmowie telefonicznej pogratulował Władimirowi Putinowi zwycięstwa w wyborach prezydenckich.
Prezydent podkreślił, że Polska i Rosja w ostatnich latach potrafiły nawiązać dialog, który służy rozwiązywaniu spraw trudnych i budowaniu współpracy dwustronnej. Prezydent wyraził przekonanie, że współpraca i dialog będą trwałym elementem w tworzeniu partnerskich relacji Federacji Rosyjskiej z Unią Europejską.
Źródło: PAP, niezalezna.pl

Kancelaria Prezydenta poinformowała, że Bronisław Komorowski w rozmowie telefonicznej pogratulował Władimirowi Putinowi zwycięstwa w wyborach prezydenckich.

Prezydent podkreślił, że Polska i Rosja w ostatnich latach potrafiły nawiązać dialog, który służy rozwiązywaniu spraw trudnych i budowaniu współpracy dwustronnej. Prezydent wyraził przekonanie, że współpraca i dialog będą trwałym elementem w tworzeniu partnerskich relacji Federacji Rosyjskiej z Unią Europejską.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Chałupnicy wywalczyli abolicję

marzec 6th, 2012
Chałupnicy wywalczyli abolicję
Zwycięstwo po rocznej kampanii. Jednoosobowe firmy będą mogły wystąpić do ZUS o umorzenie zaległości z lat 1999 – 2009. Warunkiem jest terminowe regulowanie należności wobec zakładu po roku 2009 – informuje “Dziennik Gazeta Prawna”
Klub PO przygotował projekt ustawy abolicyjnej w tej sprawie. Chodzi o przedsiębiorców, których ZUS ścigał powodu niejasnego prawa.
Projekt posłów przewiduje, że wszystkie osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, które nie zapłaciły składek ubezpieczeniowych za siebie za okres od 1 stycznia 1999 do 28 lutego 2009 r., będą mogły skorzystać z abolicji. O umorzenie należności będą mogli wystąpić m.in. chałupnicy prowadzący działalność gospodarczą i osoby, które ją zawiesiły. One, podobnie jak wszystkie osoby prowadzące działalność będą mogły starać się o umorzenie zaległości, pod warunkiem że płacą za siebie składki od 1 marca 2009 r. i za pracowników od 1 stycznia 1999 r.
Projekt ustawy jest zgodny z oczekiwaniami chałupników i osób, które zawiesiły działalność. One od lat walczą z ZUS przed sądami, bo ten każe płacić im zaległe składki sprzed 10 lat, często opiewające na 40 tys. zł.
Zdaniem przedsiębiorców, ZUS łamał prawo domagając się zapłaty składek od działalności gospodarczej, choć mogli wybrać tytuł ubezpieczenia: umowa o pracę nakładczą lub działalność gospodarcza. Wybierali chałupnictwo, bo wtedy płacili niskie składki.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna, onet.pl

Zwycięstwo po rocznej kampanii. Jednoosobowe firmy będą mogły wystąpić do ZUS o umorzenie zaległości z lat 1999 – 2009. Warunkiem jest terminowe regulowanie należności wobec zakładu po roku 2009 – informuje “Dziennik Gazeta Prawna”

Klub PO przygotował projekt ustawy abolicyjnej w tej sprawie. Chodzi o przedsiębiorców, których ZUS ścigał powodu niejasnego prawa.

Projekt posłów przewiduje, że wszystkie osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, które nie zapłaciły składek ubezpieczeniowych za siebie za okres od 1 stycznia 1999 do 28 lutego 2009 r., będą mogły skorzystać z abolicji. O umorzenie należności będą mogli wystąpić m.in. chałupnicy prowadzący działalność gospodarczą i osoby, które ją zawiesiły. One, podobnie jak wszystkie osoby prowadzące działalność będą mogły starać się o umorzenie zaległości, pod warunkiem że płacą za siebie składki od 1 marca 2009 r. i za pracowników od 1 stycznia 1999 r.

Projekt ustawy jest zgodny z oczekiwaniami chałupników i osób, które zawiesiły działalność. One od lat walczą z ZUS przed sądami, bo ten każe płacić im zaległe składki sprzed 10 lat, często opiewające na 40 tys. zł.

Zdaniem przedsiębiorców, ZUS łamał prawo domagając się zapłaty składek od działalności gospodarczej, choć mogli wybrać tytuł ubezpieczenia: umowa o pracę nakładczą lub działalność gospodarcza. Wybierali chałupnictwo, bo wtedy płacili niskie składki.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna, onet.pl

Ropa Brent przekroczyła cenę 120 dol. za baryłkę; powodem Iran

luty 20th, 2012
Ropa Brent przekroczyła cenę 120 dol. za baryłkę; powodem Iran
Analitycy: w przyszłym tygodniu benzyna może zdrożeć
W przyszłym tygodniu cena benzyny na stacjach może wzrosnąć o kilka groszy na litrze, cena oleju napędowego nie…
W poniedziałek cena ropy europejskiej Brent przekroczyła psychologiczną barierę 120 dolarów za baryłkę. Wśród przyczyn rosnących cen analitycy wymienią wstrzymania przez Iran sprzedaży ropy firmom brytyjskim i francuskim oraz kryzys europejski.
Notowania ropy naftowej na giełdzie paliw w Nowym Jorku podczas tej sesji rosną i są najwyższe od 9 miesięcy z powodu ograniczenia eksportu surowca przez Iran – podają maklerzy. Baryłka lekkiej słodkiej ropy West Texas Intermediate, w dostawach na marzec, na giełdzie paliw NYMEX w Nowym Jorku drożeje do ponad 105 dolarów za baryłkę. Europejska ropa Brent w dostawach na marzec na giełdzie paliw ICE Futures Europe w Londynie zwyżkuje do ponad 121 dolarów za baryłkę.
Zdaniem analityka rynku paliw e-petrol.pl Jakuba Boguckiego wzrost cen ropy do poziomu przewyższającego 120 dolarów za baryłkę jest wynikiem przede wszystkim irańskiego ograniczenia eksportu, chińskiego obniżenia poziomu rezerw banku centralnego i nadziei na zakończenie rozmów o przyznanie pomocy Grecji.
“Wszystkie te czynniki mają jednak charakter +wydarzenia+ – chwilowo przykuwają uwagę i powodują skokową zwyżkę. Decyzja Iranu nie jest specjalnie zaskakująca – a i specjalnie dotkliwa w skutkach też nie będzie, bowiem zablokowani odbiorcy mają śladowy udział w całości eksportu tego kraju. Chiny próbują złagodzić efekty negatywne dla własnej gospodarki, jakie może nieść europejski kryzys. To wszystko każe sądzić, że w najbliższych dniach możemy spodziewać się pewnej korekty. A warto także zastanowić się, czy nie patrzymy na baryłkę z niepokojem tylko dlatego, że przebiła ona jakiś rodzaj psychologicznej okrągłej bariery 120 dol. Do niedawna kosztowała 118-119 dol., więc wzrost nie jest specjalnie duży” – zaznaczył.
Analityczka rynku paliw BM Reflex Urszula Cieślak również uważa, że rosnące w poniedziałek ceny ropy są efektem wstrzymania przez Iran sprzedaży ropy firmom brytyjskim i francuskim. “Ryzyko dalszego wzrostu cen ropy oczywiście istnieje i w tym tygodniu zapewne będziemy mieć z nim do czynienia. Wstrzymanie dostaw dla firm brytyjskich i francuskich nie odbije się jednak tak negatywnie na cenach, jak by to było w przypadku zamknięcia cieśniny Ormuz. W przypadku tego drugiego scenariusza ceny zaczęłyby szybko rosnąć” – zaznaczyła.
Jej zdaniem, obecne wstrzymanie dostaw ropy przez Iran do firm brytyjskich czy francuskich przełoży się na ceny paliw w Polsce, ale na rynku hurtowym nie detalicznym. “Od początku lutego ceny paliw na stacjach nie rosną. Nie spodziewam się też gwałtowanego wzrostu cen na rynku detalicznym, bo marże na stacjach są stosunkowo duże i detaliści w przypadku wzrostu cen ropy mogę je obniżać” – zaznaczyła. Dodała, że jeśli złoty będzie się trwale umacniał wobec dolara, to dzięki temu ewentualne wzrosty cen paliw w Polsce wynikające z wydarzeń na arenie międzynarodowej będą minimalizowane.
W opinii analityka DI BRE Banku Kamila Kliszcza wzrost cen ropy Brent jest wynikiem czynników politycznych, a nie rynkowych. “To, co się dzieje z ropą przez ostatni miesiąc wynika z obaw o konflikt z Iranem. To napięcie przekłada się na obawy o ograniczoną podaż i wzrost cen surowca” – zaznaczył. Dodał, że to, jak rosnąca cena Brent przełoży się na ceny paliw w Polsce będzie zależało też od kursu złotego. “Na razie kurs złotego działa amortyzująco, bo złoty się umacnia (względem euro i dolara – PAP)” – podkreślił.
W niedzielę irańskie ministerstwo do spraw ropy naftowej w komunikacie opublikowanym na stronie internetowej resortu poinformowało, że Iran wstrzymał sprzedaż ropy naftowej firmom brytyjskim i francuskim. “Eksport ropy dla firm brytyjskich i francuskich został wstrzymany. Będziemy sprzedawać naszą ropę nowym klientom” – oświadczył rzecznik ministerstwa Alireza Nikzad.
Posunięcie Teheranu wydaje się być krokiem odwetowym za podjętą w styczniu przez Unię Europejską decyzję o wstrzymaniu importu ropy z Iranu z dniem 1 lipca bieżącego roku. Bruksela zareagowała w ten sposób na brak postępu w rokowaniach z Iranem na temat jego kontrowersyjnego programu nuklearnego.
Źródło: onet.pl

Analitycy: w przyszłym tygodniu benzyna może zdrożeć

W przyszłym tygodniu cena benzyny na stacjach może wzrosnąć o kilka groszy na litrze, cena oleju napędowego nie…

W poniedziałek cena ropy europejskiej Brent przekroczyła psychologiczną barierę 120 dolarów za baryłkę. Wśród przyczyn rosnących cen analitycy wymienią wstrzymania przez Iran sprzedaży ropy firmom brytyjskim i francuskim oraz kryzys europejski.

Notowania ropy naftowej na giełdzie paliw w Nowym Jorku podczas tej sesji rosną i są najwyższe od 9 miesięcy z powodu ograniczenia eksportu surowca przez Iran – podają maklerzy. Baryłka lekkiej słodkiej ropy West Texas Intermediate, w dostawach na marzec, na giełdzie paliw NYMEX w Nowym Jorku drożeje do ponad 105 dolarów za baryłkę. Europejska ropa Brent w dostawach na marzec na giełdzie paliw ICE Futures Europe w Londynie zwyżkuje do ponad 121 dolarów za baryłkę.

Zdaniem analityka rynku paliw e-petrol.pl Jakuba Boguckiego wzrost cen ropy do poziomu przewyższającego 120 dolarów za baryłkę jest wynikiem przede wszystkim irańskiego ograniczenia eksportu, chińskiego obniżenia poziomu rezerw banku centralnego i nadziei na zakończenie rozmów o przyznanie pomocy Grecji.

“Wszystkie te czynniki mają jednak charakter +wydarzenia+ – chwilowo przykuwają uwagę i powodują skokową zwyżkę. Decyzja Iranu nie jest specjalnie zaskakująca – a i specjalnie dotkliwa w skutkach też nie będzie, bowiem zablokowani odbiorcy mają śladowy udział w całości eksportu tego kraju. Chiny próbują złagodzić efekty negatywne dla własnej gospodarki, jakie może nieść europejski kryzys. To wszystko każe sądzić, że w najbliższych dniach możemy spodziewać się pewnej korekty. A warto także zastanowić się, czy nie patrzymy na baryłkę z niepokojem tylko dlatego, że przebiła ona jakiś rodzaj psychologicznej okrągłej bariery 120 dol. Do niedawna kosztowała 118-119 dol., więc wzrost nie jest specjalnie duży” – zaznaczył.

Analityczka rynku paliw BM Reflex Urszula Cieślak również uważa, że rosnące w poniedziałek ceny ropy są efektem wstrzymania przez Iran sprzedaży ropy firmom brytyjskim i francuskim. “Ryzyko dalszego wzrostu cen ropy oczywiście istnieje i w tym tygodniu zapewne będziemy mieć z nim do czynienia. Wstrzymanie dostaw dla firm brytyjskich i francuskich nie odbije się jednak tak negatywnie na cenach, jak by to było w przypadku zamknięcia cieśniny Ormuz. W przypadku tego drugiego scenariusza ceny zaczęłyby szybko rosnąć” – zaznaczyła.

Jej zdaniem, obecne wstrzymanie dostaw ropy przez Iran do firm brytyjskich czy francuskich przełoży się na ceny paliw w Polsce, ale na rynku hurtowym nie detalicznym. “Od początku lutego ceny paliw na stacjach nie rosną. Nie spodziewam się też gwałtowanego wzrostu cen na rynku detalicznym, bo marże na stacjach są stosunkowo duże i detaliści w przypadku wzrostu cen ropy mogę je obniżać” – zaznaczyła. Dodała, że jeśli złoty będzie się trwale umacniał wobec dolara, to dzięki temu ewentualne wzrosty cen paliw w Polsce wynikające z wydarzeń na arenie międzynarodowej będą minimalizowane.

W opinii analityka DI BRE Banku Kamila Kliszcza wzrost cen ropy Brent jest wynikiem czynników politycznych, a nie rynkowych. “To, co się dzieje z ropą przez ostatni miesiąc wynika z obaw o konflikt z Iranem. To napięcie przekłada się na obawy o ograniczoną podaż i wzrost cen surowca” – zaznaczył. Dodał, że to, jak rosnąca cena Brent przełoży się na ceny paliw w Polsce będzie zależało też od kursu złotego. “Na razie kurs złotego działa amortyzująco, bo złoty się umacnia (względem euro i dolara – PAP)” – podkreślił.

W niedzielę irańskie ministerstwo do spraw ropy naftowej w komunikacie opublikowanym na stronie internetowej resortu poinformowało, że Iran wstrzymał sprzedaż ropy naftowej firmom brytyjskim i francuskim. “Eksport ropy dla firm brytyjskich i francuskich został wstrzymany. Będziemy sprzedawać naszą ropę nowym klientom” – oświadczył rzecznik ministerstwa Alireza Nikzad.

Posunięcie Teheranu wydaje się być krokiem odwetowym za podjętą w styczniu przez Unię Europejską decyzję o wstrzymaniu importu ropy z Iranu z dniem 1 lipca bieżącego roku. Bruksela zareagowała w ten sposób na brak postępu w rokowaniach z Iranem na temat jego kontrowersyjnego programu nuklearnego.

Źródło: onet.pl

Emerytalne harakiri Tuska

luty 12th, 2012

Po 4 latach nic nierobienia poza podnoszeniem podatków i gigantycznym zadłużaniem kraju ( już ponad 815 mld zł.) Premier i rząd postanowili po raz kolejny uszczęśliwić Polaków. Tym razem oferując nam nie tylko ciepłą wodę w kranie, ale późniejsze przechodzenie na emeryturę w wieku 67 lat.

Dbając o nasze dobro mogli przecież pójść dalej i zaproponować 97 lat, wtedy problemu wypłacalności ZUS –u w ogóle by nie było. Można przecież wydłużyć jeszcze szkołę podstawową o 3 lata i liceum o 4 lata, wprowadzić podatek od pogrzebu. Już raz ta ekipa zapewniała nas o swej genialnej reformie emerytalnej tzw. II filara.
To Premier J.Buzek, Min.M.Boni i D.Tusk byli gwarantami obietnic, że OFE zapewnią polskim seniorom wakacje pod palmami, a po 12 latach funkcjonowania tego genialnego ponoć emerytalnego systemu kapitałowego tzw. II filara, zanosi się raczej na II filar ale pod Mostem Poniatowskiego. Emerytki z OFE średnio na łebka dostają od 57 – 100 zł. i łamią głowę jak żyć i z tego wyżyć. OFE w 2011r. właśnie straciły 11mld zł. choć wypłaciły sobie ( PTE ) 616 mln zł. zysku.
Premier D.Tusk zapewnia, że bierze problem wydłużenia wieku emerytalnego dla kobiet aż o 7 lat, a dla mężczyzn o 2 lata „na klatę”, zapomina tylko, że 85 proc. Polaków zdecydowanie się temu sprzeciwia. Biorąc „ na klatę” można otrzymać niespodziewanie silny cios poniżej pasa albo zaliczyć „główkę Zidana” i wtedy z kiwki emerytalnej może wyjść tylko polityczny kiks.
Już dziś 50 letnia kobieta i 60 letni mężczyzna nie ma żadnych szans na znalezienie pracy, bezrobocie już w lutym przekroczy 14 proc. i będzie nadal rosnąć. Bez kompleksowej, przemyślanej, szczodrej polityki prorodzinnej, znaczącej pomocy finansowej, bodźców ekonomicznych, podniesienia wynagrodzeń Polaków i polskich rodzin, żadna reforma emerytalna się nie uda, a kolejne kłamstwa, manipulacje, pozorowanie dialogu nie uratują systemu ubezpieczeń przed katastrofą.
Podwyższenie wieku emerytalnego jest ceną jaką polscy emeryci po raz kolejny mają zapłacić za błędy rządzących, za głupie i szkodliwe reformy. To małpowanie rozwiązań wprowadzanych i zapowiadanych w bogatych krajach UE, gdzie emerytury są 3- 4 krotnie wyższe niż w Polsce, a mężczyźni żyją o 5-8 lat dłużej niż u nas.
Wierutnym kłamstwem są zapowiedzi rządu, że z powodu przedłużenia wieku emerytalnego dostaniemy znacznie wyższe emerytury i lepsze warunki życia na starość. Jeśli nie będzie wyższych wynagrodzeń i wysokiego wzrostu gospodarczego to nie będzie też godziwych emerytur. Zamiar wydłużenia czasu pracy wynika z niechęci rządu do przyznania się, że systemy emerytalne   w dotychczasowej formie zbankrutowały.
Żadnych realnych pieniędzy w wysokości 2,1 bln zł. oszczędności emerytów w ZUS–ie nie ma. W tej sytuacji należy się zastanowić czy w ogóle nie zlikwidować ZUS –u i nie oddać pracownikom składek, by sami oszczędzali na starość, co z pewnością dawałoby im większe oszczędności.
Obecne pseudo- reformy emerytalne wpisują się w stare PRL-owskie hasło: Emerycie, popieraj rząd czynem i umieraj przed terminem”.
Autor jest głównym ekonomistą SKOK
Autor: Janusz Szewczak, Niezalezna.pl

Po 4 latach nic nierobienia poza podnoszeniem podatków i gigantycznym zadłużaniem kraju ( już ponad 815 mld zł.) Premier i rząd postanowili po raz kolejny uszczęśliwić Polaków. Tym razem oferując nam nie tylko ciepłą wodę w kranie, ale późniejsze przechodzenie na emeryturę w wieku 67 lat.

Dbając o nasze dobro mogli przecież pójść dalej i zaproponować 97 lat, wtedy problemu wypłacalności ZUS –u w ogóle by nie było. Można przecież wydłużyć jeszcze szkołę podstawową o 3 lata i liceum o 4 lata, wprowadzić podatek od pogrzebu. Już raz ta ekipa zapewniała nas o swej genialnej reformie emerytalnej tzw. II filara.

To Premier J.Buzek, Min.M.Boni i D.Tusk byli gwarantami obietnic, że OFE zapewnią polskim seniorom wakacje pod palmami, a po 12 latach funkcjonowania tego genialnego ponoć emerytalnego systemu kapitałowego tzw. II filara, zanosi się raczej na II filar ale pod Mostem Poniatowskiego. Emerytki z OFE średnio na łebka dostają od 57 – 100 zł. i łamią głowę jak żyć i z tego wyżyć. OFE w 2011r. właśnie straciły 11mld zł. choć wypłaciły sobie ( PTE ) 616 mln zł. zysku.

Premier D.Tusk zapewnia, że bierze problem wydłużenia wieku emerytalnego dla kobiet aż o 7 lat, a dla mężczyzn o 2 lata „na klatę”, zapomina tylko, że 85 proc. Polaków zdecydowanie się temu sprzeciwia. Biorąc „ na klatę” można otrzymać niespodziewanie silny cios poniżej pasa albo zaliczyć „główkę Zidana” i wtedy z kiwki emerytalnej może wyjść tylko polityczny kiks.

Już dziś 50 letnia kobieta i 60 letni mężczyzna nie ma żadnych szans na znalezienie pracy, bezrobocie już w lutym przekroczy 14 proc. i będzie nadal rosnąć. Bez kompleksowej, przemyślanej, szczodrej polityki prorodzinnej, znaczącej pomocy finansowej, bodźców ekonomicznych, podniesienia wynagrodzeń Polaków i polskich rodzin, żadna reforma emerytalna się nie uda, a kolejne kłamstwa, manipulacje, pozorowanie dialogu nie uratują systemu ubezpieczeń przed katastrofą.

Podwyższenie wieku emerytalnego jest ceną jaką polscy emeryci po raz kolejny mają zapłacić za błędy rządzących, za głupie i szkodliwe reformy. To małpowanie rozwiązań wprowadzanych i zapowiadanych w bogatych krajach UE, gdzie emerytury są 3- 4 krotnie wyższe niż w Polsce, a mężczyźni żyją o 5-8 lat dłużej niż u nas.

Wierutnym kłamstwem są zapowiedzi rządu, że z powodu przedłużenia wieku emerytalnego dostaniemy znacznie wyższe emerytury i lepsze warunki życia na starość. Jeśli nie będzie wyższych wynagrodzeń i wysokiego wzrostu gospodarczego to nie będzie też godziwych emerytur. Zamiar wydłużenia czasu pracy wynika z niechęci rządu do przyznania się, że systemy emerytalne   w dotychczasowej formie zbankrutowały.

Żadnych realnych pieniędzy w wysokości 2,1 bln zł. oszczędności emerytów w ZUS–ie nie ma. W tej sytuacji należy się zastanowić czy w ogóle nie zlikwidować ZUS –u i nie oddać pracownikom składek, by sami oszczędzali na starość, co z pewnością dawałoby im większe oszczędności.

Obecne pseudo- reformy emerytalne wpisują się w stare PRL-owskie hasło: Emerycie, popieraj rząd czynem i umieraj przed terminem”.

Autor jest głównym ekonomistą SKOK

Autor: Janusz Szewczak, Niezalezna.pl

Jeszcze euro nie zginęło póki my płacimy…

grudzień 18th, 2011
Jeszcze euro nie zginęło póki my płacimy…
Polscy politycy z min. Rostowskim na czele mają gest. Cóż, obetnie się jeszcze zasiłek pogrzebowy nad Wisłą. Zamrozi na kolejne 2-3 lata wynagrodzenia w sferze budżetowej – niech pielęgniarki i urzędniczki nie szaleją tak z zakupami w centrach handlowych. A wypłaci się średnią pensję urzędnika w Atenach na poziomie 17-18 tys zł. – pisze Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, w analizie specjalnie dla portalu Niezależna.pl
Dziś już nikt nie może być pewny, że kryzys go ominie. Szefowa MFW mówi wprost, że żaden kraj nie jest bezpieczny w strefie euro. Pieniędzy może zabraknąć nawet samemu Funduszowi i to pomimo 200 mld euro zrzutki biedniejszych dla bogatszych, w której to bezmyślnej i nieskutecznej idei celują polscy rządzący.
Wiele rzeczy wydarzy się w Europie i Unii po raz pierwszy, może się więc okazać, że nasze dobrowolne ponad 6 mld euro pomocy ( „drobne” 27 mld zł ) długo do nas nie wróci, lepiej zrezygnujmy z Elastycznej Linii Kredytowej. Chcemy koniecznie wesprzeć ponad   100 tys. greckich nieboszczyków, który spokojnie przez lata pobierali emerytury, bo w Grecji nawet  życie pozagrobowe jest wystawne.
Ale polscy politycy z min. Rostowskim na czele mają przecież gest. Cóż, obetnie się jeszcze zasiłek pogrzebowy nad Wisłą. Zamrozi na kolejne 2-3 lata wynagrodzenia w sferze budżetowej – niech pielęgniarki i urzędniczki nie szaleją tak z zakupami w centrach handlowych. A wypłaci się średnią pensję urzędnika w Atenach na poziomie 17-18 tys zł.
Z polskiego becikowego przecież można swobodnie dołożyć na premie dla Greków za ich punktualne przychodzenie do pracy, za mycie rąk czy za włoskie ulgi podatkowe na rzecz rodzin, które posyłają i kształcą dzieci na wybitnych piłkarzy, kierowców rajdowych czy zwykłych poliglotów!
Bo choć Włosi obiecują, że zaoszczędzą 30 mld euro to dostać muszą w ramach pomocy i to szybko ok. 300 mld euro. Cóż my sprywatyzujemy kolejne wodociągi i SPEC-e podniesiemy ceny energii elektryczne (w ostatnich latach już ok. 50 proc. poszły w górę) gazu, diesla, podatki. A niech tam nasi serdeczni przyjaciele z Irlandii dalej korzystają ze zwolnień za korzystanie z wody. A gdyby tak przesympatyczni Irlandczycy stracili nie daj Boże pracę, a wcześniej nieopatrznie wzięli tani kredyt mieszkaniowy, to irlandzki rząd będzie mógł dalej spłacać za swoich obywateli odsetki od kredytu w ramach finansowej pomocy.
Za to u nas dyscyplina musi być wręcz wzorowa. Jak tylko frank skoczy jeszcze trochę do 3,80 – 3,90 zł., albo nie daj Boże w ramach recesji i zwolnień grupowych trafimy do tej grupy walutowych kredytobiorców – nieszczęśników. Gdy dodatkowo jeszcze spadną w 2012 ceny nieruchomości o 30 proc., wzrośnie WIBOR powyżej 5 proc. – banki włoskie, hiszpańskie czy portugalskie szybko prześlą nam fakturę na kolejne 10-15 tys zł. „doubezpieczenia” kredytu. A co bardziej nerwowi i siedzący na minie kredytów walutowych – hipotecznych menadżerowie bankowi w miesiąc zafundują nam komornika lub podeślą dogadanego klienta na nasze lokum. Oczywiście za pół ceny.
Gdy u nas przedstawiciele nawet zawodów górniczych, transportu, służby zdrowia, ratownictwa latami walczą z ZUS-em o uznanie ich pracy za wykonaną w uciążliwych warunkach, w takiej Grecji czy Hiszpanii to błogosławieństwo dotyczy tych pracowników, którzy łaskawie przyjdą do pracy gdy temperatura spadnie poniżej 8 stopni C. Nie mówiąc już o sytuacji gdy sypnie śniegiem i trzeba pracować przy koksowniku… Nic dziwnego, że w Polsce w listopadzie i podobnie w grudniu dilerzy samochodowi załamują ręce, a sprzedaż nowych aut spada o 20-25 proc. W pogrążonej w kryzysie Grecji rośnie o blisko 17 proc., bo grecki rząd zadbał by ulga podatkowa na zezłomowanie starego auta sięgała od 300 do nawet 2800 euro, w zależności od pojemności silnika.
Oj tam, oj tam, jak mawiają politycy PO, co z tego, że u nas zlikwidowało się zakupy aut z kratką, możliwość odliczania VAT od paliwa, czy ulgę podatkową od biokomponentów. Jak widać w całej rodzinie europejskiej i tak to się rozłoży, wyrówna koszty.
U nas się przytnie tu i tam, nawet trochę ostrzej niż to nakazuje zdrowy rozsądek, ale nie pozostawi się bratnich narodów ze strefy euro na łasce kryzysu. Najwyżej opluje się w mediach Brytyjczyków, którzy wykazali instynkt samoobronny i biznesowe podejście do wątpliwych paktów, które bezczelnie łamią europejskie prawo.
Poszczuje się w TVN na Czechów i prezydent Klausa czy Węgrów, po raz kolejny zachwyci się nieomylną kanclerz Merkel i rozleje krokodyle łzy nad wiekopomnym osiągnięciem jakim jest „genialny” ekonomiczny wynalazek – czyli euro.
Co z tego, że jeśli nawet na ochotnika wyrwiemy się przed szereg z deklaracjami podpisania weksli in blanco, to i tak ani głosować ani tym bardziej decydować w nowym pakcie stabilności i dyscypliny finansowej nie będziemy mogli. Ot taki ubogi krewny i przysłowiowy frajer płacący za możliwość podziwiania jakże pięknej katastrofy – czyli rozpadu strefy euro i pojawienie się nowych- starych europejskich walut.
Złotoustych łajdaków, euro – idiotów ci u nas dostatek, wytłumaczą zabieganemu przed świętami narodowi, że żeby lepiej było nam kiedyś, teraz lepiej trzeba zrobić innym. Czyli stare my wam, a oni nam – za trzydzieści parę lat jak dobrze pójdzie. Choć na razie dwa razy więcej dolarów i euro od 2004 trafiło do Polski od naszych rodaków pracujących za granicą, niż z tej rzekomo szczodrej Unii.
Cwani Grecy, pogodni Włosi, co roztropniejsi Hiszpanie widząc co się dzieje z europejskim systemem bankowym i oczekując wielkiego bum w dużym europejskim banku, wyjmują własne pieniądze z krajowych banków  i transferują je do Szwajcarii, USA i Ameryki Płd. (Grecy zabezpieczyli  w ten sposób 100-200 mld euro, Włosi prawdopodobnie ok. 500 mld ). Bo Włosi to jeden z najbogatszych narodów na świecie i indywidualnie najmniej zadłużony, ich całkowity majątek to 9,5 bln euro. Na każdą włoską rodzinę przypada średnio 400 tys. euro.
Tymczasem naiwni Polacy gwałtownie zwiększają wpłaty na bankowe konta włoskich , hiszpańskich , portugalskich czy niemieckich banków we własnym kraju. Depozyty ludności w listopadzie wzrosły o blisko 14 proc. czyli o 8 mld zł., a depozyty firm aż o 12, 6 mld zł. Centrale zagranicznych banków w Rzymie, Madrycie czy Frankfurcie zacierają ręce. Darmowe ubezpieczenia dla potencjalnych bankrutów i rozrzutników jest na wyciągnięcie ręki. Ciesząc się z pochwał w zagranicznej prasie zaciskamy więc pasa i deklarujemy braterską unijną pomoc. Jeszcze strefa euro nie zginęła, póki my płacimy…
Źródło: niezalezna.pl

Polscy politycy z min. Rostowskim na czele mają gest. Cóż, obetnie się jeszcze zasiłek pogrzebowy nad Wisłą. Zamrozi na kolejne 2-3 lata wynagrodzenia w sferze budżetowej – niech pielęgniarki i urzędniczki nie szaleją tak z zakupami w centrach handlowych. A wypłaci się średnią pensję urzędnika w Atenach na poziomie 17-18 tys zł. – pisze Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, w analizie specjalnie dla portalu Niezależna.pl

Dziś już nikt nie może być pewny, że kryzys go ominie. Szefowa MFW mówi wprost, że żaden kraj nie jest bezpieczny w strefie euro. Pieniędzy może zabraknąć nawet samemu Funduszowi i to pomimo 200 mld euro zrzutki biedniejszych dla bogatszych, w której to bezmyślnej i nieskutecznej idei celują polscy rządzący.

Wiele rzeczy wydarzy się w Europie i Unii po raz pierwszy, może się więc okazać, że nasze dobrowolne ponad 6 mld euro pomocy ( „drobne” 27 mld zł ) długo do nas nie wróci, lepiej zrezygnujmy z Elastycznej Linii Kredytowej. Chcemy koniecznie wesprzeć ponad   100 tys. greckich nieboszczyków, który spokojnie przez lata pobierali emerytury, bo w Grecji nawet  życie pozagrobowe jest wystawne.

Ale polscy politycy z min. Rostowskim na czele mają przecież gest. Cóż, obetnie się jeszcze zasiłek pogrzebowy nad Wisłą. Zamrozi na kolejne 2-3 lata wynagrodzenia w sferze budżetowej – niech pielęgniarki i urzędniczki nie szaleją tak z zakupami w centrach handlowych. A wypłaci się średnią pensję urzędnika w Atenach na poziomie 17-18 tys zł.

Z polskiego becikowego przecież można swobodnie dołożyć na premie dla Greków za ich punktualne przychodzenie do pracy, za mycie rąk czy za włoskie ulgi podatkowe na rzecz rodzin, które posyłają i kształcą dzieci na wybitnych piłkarzy, kierowców rajdowych czy zwykłych poliglotów!

Bo choć Włosi obiecują, że zaoszczędzą 30 mld euro to dostać muszą w ramach pomocy i to szybko ok. 300 mld euro. Cóż my sprywatyzujemy kolejne wodociągi i SPEC-e podniesiemy ceny energii elektryczne (w ostatnich latach już ok. 50 proc. poszły w górę) gazu, diesla, podatki. A niech tam nasi serdeczni przyjaciele z Irlandii dalej korzystają ze zwolnień za korzystanie z wody. A gdyby tak przesympatyczni Irlandczycy stracili nie daj Boże pracę, a wcześniej nieopatrznie wzięli tani kredyt mieszkaniowy, to irlandzki rząd będzie mógł dalej spłacać za swoich obywateli odsetki od kredytu w ramach finansowej pomocy.

Za to u nas dyscyplina musi być wręcz wzorowa. Jak tylko frank skoczy jeszcze trochę do 3,80 – 3,90 zł., albo nie daj Boże w ramach recesji i zwolnień grupowych trafimy do tej grupy walutowych kredytobiorców – nieszczęśników. Gdy dodatkowo jeszcze spadną w 2012 ceny nieruchomości o 30 proc., wzrośnie WIBOR powyżej 5 proc. – banki włoskie, hiszpańskie czy portugalskie szybko prześlą nam fakturę na kolejne 10-15 tys zł. „doubezpieczenia” kredytu. A co bardziej nerwowi i siedzący na minie kredytów walutowych – hipotecznych menadżerowie bankowi w miesiąc zafundują nam komornika lub podeślą dogadanego klienta na nasze lokum. Oczywiście za pół ceny.

Gdy u nas przedstawiciele nawet zawodów górniczych, transportu, służby zdrowia, ratownictwa latami walczą z ZUS-em o uznanie ich pracy za wykonaną w uciążliwych warunkach, w takiej Grecji czy Hiszpanii to błogosławieństwo dotyczy tych pracowników, którzy łaskawie przyjdą do pracy gdy temperatura spadnie poniżej 8 stopni C. Nie mówiąc już o sytuacji gdy sypnie śniegiem i trzeba pracować przy koksowniku… Nic dziwnego, że w Polsce w listopadzie i podobnie w grudniu dilerzy samochodowi załamują ręce, a sprzedaż nowych aut spada o 20-25 proc. W pogrążonej w kryzysie Grecji rośnie o blisko 17 proc., bo grecki rząd zadbał by ulga podatkowa na zezłomowanie starego auta sięgała od 300 do nawet 2800 euro, w zależności od pojemności silnika.

Oj tam, oj tam, jak mawiają politycy PO, co z tego, że u nas zlikwidowało się zakupy aut z kratką, możliwość odliczania VAT od paliwa, czy ulgę podatkową od biokomponentów. Jak widać w całej rodzinie europejskiej i tak to się rozłoży, wyrówna koszty.

U nas się przytnie tu i tam, nawet trochę ostrzej niż to nakazuje zdrowy rozsądek, ale nie pozostawi się bratnich narodów ze strefy euro na łasce kryzysu. Najwyżej opluje się w mediach Brytyjczyków, którzy wykazali instynkt samoobronny i biznesowe podejście do wątpliwych paktów, które bezczelnie łamią europejskie prawo.

Poszczuje się w TVN na Czechów i prezydent Klausa czy Węgrów, po raz kolejny zachwyci się nieomylną kanclerz Merkel i rozleje krokodyle łzy nad wiekopomnym osiągnięciem jakim jest „genialny” ekonomiczny wynalazek – czyli euro.

Co z tego, że jeśli nawet na ochotnika wyrwiemy się przed szereg z deklaracjami podpisania weksli in blanco, to i tak ani głosować ani tym bardziej decydować w nowym pakcie stabilności i dyscypliny finansowej nie będziemy mogli. Ot taki ubogi krewny i przysłowiowy frajer płacący za możliwość podziwiania jakże pięknej katastrofy – czyli rozpadu strefy euro i pojawienie się nowych- starych europejskich walut.

Złotoustych łajdaków, euro – idiotów ci u nas dostatek, wytłumaczą zabieganemu przed świętami narodowi, że żeby lepiej było nam kiedyś, teraz lepiej trzeba zrobić innym. Czyli stare my wam, a oni nam – za trzydzieści parę lat jak dobrze pójdzie. Choć na razie dwa razy więcej dolarów i euro od 2004 trafiło do Polski od naszych rodaków pracujących za granicą, niż z tej rzekomo szczodrej Unii.

Cwani Grecy, pogodni Włosi, co roztropniejsi Hiszpanie widząc co się dzieje z europejskim systemem bankowym i oczekując wielkiego bum w dużym europejskim banku, wyjmują własne pieniądze z krajowych banków  i transferują je do Szwajcarii, USA i Ameryki Płd. (Grecy zabezpieczyli  w ten sposób 100-200 mld euro, Włosi prawdopodobnie ok. 500 mld ). Bo Włosi to jeden z najbogatszych narodów na świecie i indywidualnie najmniej zadłużony, ich całkowity majątek to 9,5 bln euro. Na każdą włoską rodzinę przypada średnio 400 tys. euro.

Tymczasem naiwni Polacy gwałtownie zwiększają wpłaty na bankowe konta włoskich , hiszpańskich , portugalskich czy niemieckich banków we własnym kraju. Depozyty ludności w listopadzie wzrosły o blisko 14 proc. czyli o 8 mld zł., a depozyty firm aż o 12, 6 mld zł. Centrale zagranicznych banków w Rzymie, Madrycie czy Frankfurcie zacierają ręce. Darmowe ubezpieczenia dla potencjalnych bankrutów i rozrzutników jest na wyciągnięcie ręki. Ciesząc się z pochwał w zagranicznej prasie zaciskamy więc pasa i deklarujemy braterską unijną pomoc. Jeszcze strefa euro nie zginęła, póki my płacimy…

Źródło: niezalezna.pl