Jeszcze euro nie zginęło póki my płacimy…

grudzień 18th, 2011
Jeszcze euro nie zginęło póki my płacimy…
Polscy politycy z min. Rostowskim na czele mają gest. Cóż, obetnie się jeszcze zasiłek pogrzebowy nad Wisłą. Zamrozi na kolejne 2-3 lata wynagrodzenia w sferze budżetowej – niech pielęgniarki i urzędniczki nie szaleją tak z zakupami w centrach handlowych. A wypłaci się średnią pensję urzędnika w Atenach na poziomie 17-18 tys zł. – pisze Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, w analizie specjalnie dla portalu Niezależna.pl
Dziś już nikt nie może być pewny, że kryzys go ominie. Szefowa MFW mówi wprost, że żaden kraj nie jest bezpieczny w strefie euro. Pieniędzy może zabraknąć nawet samemu Funduszowi i to pomimo 200 mld euro zrzutki biedniejszych dla bogatszych, w której to bezmyślnej i nieskutecznej idei celują polscy rządzący.
Wiele rzeczy wydarzy się w Europie i Unii po raz pierwszy, może się więc okazać, że nasze dobrowolne ponad 6 mld euro pomocy ( „drobne” 27 mld zł ) długo do nas nie wróci, lepiej zrezygnujmy z Elastycznej Linii Kredytowej. Chcemy koniecznie wesprzeć ponad   100 tys. greckich nieboszczyków, który spokojnie przez lata pobierali emerytury, bo w Grecji nawet  życie pozagrobowe jest wystawne.
Ale polscy politycy z min. Rostowskim na czele mają przecież gest. Cóż, obetnie się jeszcze zasiłek pogrzebowy nad Wisłą. Zamrozi na kolejne 2-3 lata wynagrodzenia w sferze budżetowej – niech pielęgniarki i urzędniczki nie szaleją tak z zakupami w centrach handlowych. A wypłaci się średnią pensję urzędnika w Atenach na poziomie 17-18 tys zł.
Z polskiego becikowego przecież można swobodnie dołożyć na premie dla Greków za ich punktualne przychodzenie do pracy, za mycie rąk czy za włoskie ulgi podatkowe na rzecz rodzin, które posyłają i kształcą dzieci na wybitnych piłkarzy, kierowców rajdowych czy zwykłych poliglotów!
Bo choć Włosi obiecują, że zaoszczędzą 30 mld euro to dostać muszą w ramach pomocy i to szybko ok. 300 mld euro. Cóż my sprywatyzujemy kolejne wodociągi i SPEC-e podniesiemy ceny energii elektryczne (w ostatnich latach już ok. 50 proc. poszły w górę) gazu, diesla, podatki. A niech tam nasi serdeczni przyjaciele z Irlandii dalej korzystają ze zwolnień za korzystanie z wody. A gdyby tak przesympatyczni Irlandczycy stracili nie daj Boże pracę, a wcześniej nieopatrznie wzięli tani kredyt mieszkaniowy, to irlandzki rząd będzie mógł dalej spłacać za swoich obywateli odsetki od kredytu w ramach finansowej pomocy.
Za to u nas dyscyplina musi być wręcz wzorowa. Jak tylko frank skoczy jeszcze trochę do 3,80 – 3,90 zł., albo nie daj Boże w ramach recesji i zwolnień grupowych trafimy do tej grupy walutowych kredytobiorców – nieszczęśników. Gdy dodatkowo jeszcze spadną w 2012 ceny nieruchomości o 30 proc., wzrośnie WIBOR powyżej 5 proc. – banki włoskie, hiszpańskie czy portugalskie szybko prześlą nam fakturę na kolejne 10-15 tys zł. „doubezpieczenia” kredytu. A co bardziej nerwowi i siedzący na minie kredytów walutowych – hipotecznych menadżerowie bankowi w miesiąc zafundują nam komornika lub podeślą dogadanego klienta na nasze lokum. Oczywiście za pół ceny.
Gdy u nas przedstawiciele nawet zawodów górniczych, transportu, służby zdrowia, ratownictwa latami walczą z ZUS-em o uznanie ich pracy za wykonaną w uciążliwych warunkach, w takiej Grecji czy Hiszpanii to błogosławieństwo dotyczy tych pracowników, którzy łaskawie przyjdą do pracy gdy temperatura spadnie poniżej 8 stopni C. Nie mówiąc już o sytuacji gdy sypnie śniegiem i trzeba pracować przy koksowniku… Nic dziwnego, że w Polsce w listopadzie i podobnie w grudniu dilerzy samochodowi załamują ręce, a sprzedaż nowych aut spada o 20-25 proc. W pogrążonej w kryzysie Grecji rośnie o blisko 17 proc., bo grecki rząd zadbał by ulga podatkowa na zezłomowanie starego auta sięgała od 300 do nawet 2800 euro, w zależności od pojemności silnika.
Oj tam, oj tam, jak mawiają politycy PO, co z tego, że u nas zlikwidowało się zakupy aut z kratką, możliwość odliczania VAT od paliwa, czy ulgę podatkową od biokomponentów. Jak widać w całej rodzinie europejskiej i tak to się rozłoży, wyrówna koszty.
U nas się przytnie tu i tam, nawet trochę ostrzej niż to nakazuje zdrowy rozsądek, ale nie pozostawi się bratnich narodów ze strefy euro na łasce kryzysu. Najwyżej opluje się w mediach Brytyjczyków, którzy wykazali instynkt samoobronny i biznesowe podejście do wątpliwych paktów, które bezczelnie łamią europejskie prawo.
Poszczuje się w TVN na Czechów i prezydent Klausa czy Węgrów, po raz kolejny zachwyci się nieomylną kanclerz Merkel i rozleje krokodyle łzy nad wiekopomnym osiągnięciem jakim jest „genialny” ekonomiczny wynalazek – czyli euro.
Co z tego, że jeśli nawet na ochotnika wyrwiemy się przed szereg z deklaracjami podpisania weksli in blanco, to i tak ani głosować ani tym bardziej decydować w nowym pakcie stabilności i dyscypliny finansowej nie będziemy mogli. Ot taki ubogi krewny i przysłowiowy frajer płacący za możliwość podziwiania jakże pięknej katastrofy – czyli rozpadu strefy euro i pojawienie się nowych- starych europejskich walut.
Złotoustych łajdaków, euro – idiotów ci u nas dostatek, wytłumaczą zabieganemu przed świętami narodowi, że żeby lepiej było nam kiedyś, teraz lepiej trzeba zrobić innym. Czyli stare my wam, a oni nam – za trzydzieści parę lat jak dobrze pójdzie. Choć na razie dwa razy więcej dolarów i euro od 2004 trafiło do Polski od naszych rodaków pracujących za granicą, niż z tej rzekomo szczodrej Unii.
Cwani Grecy, pogodni Włosi, co roztropniejsi Hiszpanie widząc co się dzieje z europejskim systemem bankowym i oczekując wielkiego bum w dużym europejskim banku, wyjmują własne pieniądze z krajowych banków  i transferują je do Szwajcarii, USA i Ameryki Płd. (Grecy zabezpieczyli  w ten sposób 100-200 mld euro, Włosi prawdopodobnie ok. 500 mld ). Bo Włosi to jeden z najbogatszych narodów na świecie i indywidualnie najmniej zadłużony, ich całkowity majątek to 9,5 bln euro. Na każdą włoską rodzinę przypada średnio 400 tys. euro.
Tymczasem naiwni Polacy gwałtownie zwiększają wpłaty na bankowe konta włoskich , hiszpańskich , portugalskich czy niemieckich banków we własnym kraju. Depozyty ludności w listopadzie wzrosły o blisko 14 proc. czyli o 8 mld zł., a depozyty firm aż o 12, 6 mld zł. Centrale zagranicznych banków w Rzymie, Madrycie czy Frankfurcie zacierają ręce. Darmowe ubezpieczenia dla potencjalnych bankrutów i rozrzutników jest na wyciągnięcie ręki. Ciesząc się z pochwał w zagranicznej prasie zaciskamy więc pasa i deklarujemy braterską unijną pomoc. Jeszcze strefa euro nie zginęła, póki my płacimy…
Źródło: niezalezna.pl

Polscy politycy z min. Rostowskim na czele mają gest. Cóż, obetnie się jeszcze zasiłek pogrzebowy nad Wisłą. Zamrozi na kolejne 2-3 lata wynagrodzenia w sferze budżetowej – niech pielęgniarki i urzędniczki nie szaleją tak z zakupami w centrach handlowych. A wypłaci się średnią pensję urzędnika w Atenach na poziomie 17-18 tys zł. – pisze Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, w analizie specjalnie dla portalu Niezależna.pl

Dziś już nikt nie może być pewny, że kryzys go ominie. Szefowa MFW mówi wprost, że żaden kraj nie jest bezpieczny w strefie euro. Pieniędzy może zabraknąć nawet samemu Funduszowi i to pomimo 200 mld euro zrzutki biedniejszych dla bogatszych, w której to bezmyślnej i nieskutecznej idei celują polscy rządzący.

Wiele rzeczy wydarzy się w Europie i Unii po raz pierwszy, może się więc okazać, że nasze dobrowolne ponad 6 mld euro pomocy ( „drobne” 27 mld zł ) długo do nas nie wróci, lepiej zrezygnujmy z Elastycznej Linii Kredytowej. Chcemy koniecznie wesprzeć ponad   100 tys. greckich nieboszczyków, który spokojnie przez lata pobierali emerytury, bo w Grecji nawet  życie pozagrobowe jest wystawne.

Ale polscy politycy z min. Rostowskim na czele mają przecież gest. Cóż, obetnie się jeszcze zasiłek pogrzebowy nad Wisłą. Zamrozi na kolejne 2-3 lata wynagrodzenia w sferze budżetowej – niech pielęgniarki i urzędniczki nie szaleją tak z zakupami w centrach handlowych. A wypłaci się średnią pensję urzędnika w Atenach na poziomie 17-18 tys zł.

Z polskiego becikowego przecież można swobodnie dołożyć na premie dla Greków za ich punktualne przychodzenie do pracy, za mycie rąk czy za włoskie ulgi podatkowe na rzecz rodzin, które posyłają i kształcą dzieci na wybitnych piłkarzy, kierowców rajdowych czy zwykłych poliglotów!

Bo choć Włosi obiecują, że zaoszczędzą 30 mld euro to dostać muszą w ramach pomocy i to szybko ok. 300 mld euro. Cóż my sprywatyzujemy kolejne wodociągi i SPEC-e podniesiemy ceny energii elektryczne (w ostatnich latach już ok. 50 proc. poszły w górę) gazu, diesla, podatki. A niech tam nasi serdeczni przyjaciele z Irlandii dalej korzystają ze zwolnień za korzystanie z wody. A gdyby tak przesympatyczni Irlandczycy stracili nie daj Boże pracę, a wcześniej nieopatrznie wzięli tani kredyt mieszkaniowy, to irlandzki rząd będzie mógł dalej spłacać za swoich obywateli odsetki od kredytu w ramach finansowej pomocy.

Za to u nas dyscyplina musi być wręcz wzorowa. Jak tylko frank skoczy jeszcze trochę do 3,80 – 3,90 zł., albo nie daj Boże w ramach recesji i zwolnień grupowych trafimy do tej grupy walutowych kredytobiorców – nieszczęśników. Gdy dodatkowo jeszcze spadną w 2012 ceny nieruchomości o 30 proc., wzrośnie WIBOR powyżej 5 proc. – banki włoskie, hiszpańskie czy portugalskie szybko prześlą nam fakturę na kolejne 10-15 tys zł. „doubezpieczenia” kredytu. A co bardziej nerwowi i siedzący na minie kredytów walutowych – hipotecznych menadżerowie bankowi w miesiąc zafundują nam komornika lub podeślą dogadanego klienta na nasze lokum. Oczywiście za pół ceny.

Gdy u nas przedstawiciele nawet zawodów górniczych, transportu, służby zdrowia, ratownictwa latami walczą z ZUS-em o uznanie ich pracy za wykonaną w uciążliwych warunkach, w takiej Grecji czy Hiszpanii to błogosławieństwo dotyczy tych pracowników, którzy łaskawie przyjdą do pracy gdy temperatura spadnie poniżej 8 stopni C. Nie mówiąc już o sytuacji gdy sypnie śniegiem i trzeba pracować przy koksowniku… Nic dziwnego, że w Polsce w listopadzie i podobnie w grudniu dilerzy samochodowi załamują ręce, a sprzedaż nowych aut spada o 20-25 proc. W pogrążonej w kryzysie Grecji rośnie o blisko 17 proc., bo grecki rząd zadbał by ulga podatkowa na zezłomowanie starego auta sięgała od 300 do nawet 2800 euro, w zależności od pojemności silnika.

Oj tam, oj tam, jak mawiają politycy PO, co z tego, że u nas zlikwidowało się zakupy aut z kratką, możliwość odliczania VAT od paliwa, czy ulgę podatkową od biokomponentów. Jak widać w całej rodzinie europejskiej i tak to się rozłoży, wyrówna koszty.

U nas się przytnie tu i tam, nawet trochę ostrzej niż to nakazuje zdrowy rozsądek, ale nie pozostawi się bratnich narodów ze strefy euro na łasce kryzysu. Najwyżej opluje się w mediach Brytyjczyków, którzy wykazali instynkt samoobronny i biznesowe podejście do wątpliwych paktów, które bezczelnie łamią europejskie prawo.

Poszczuje się w TVN na Czechów i prezydent Klausa czy Węgrów, po raz kolejny zachwyci się nieomylną kanclerz Merkel i rozleje krokodyle łzy nad wiekopomnym osiągnięciem jakim jest „genialny” ekonomiczny wynalazek – czyli euro.

Co z tego, że jeśli nawet na ochotnika wyrwiemy się przed szereg z deklaracjami podpisania weksli in blanco, to i tak ani głosować ani tym bardziej decydować w nowym pakcie stabilności i dyscypliny finansowej nie będziemy mogli. Ot taki ubogi krewny i przysłowiowy frajer płacący za możliwość podziwiania jakże pięknej katastrofy – czyli rozpadu strefy euro i pojawienie się nowych- starych europejskich walut.

Złotoustych łajdaków, euro – idiotów ci u nas dostatek, wytłumaczą zabieganemu przed świętami narodowi, że żeby lepiej było nam kiedyś, teraz lepiej trzeba zrobić innym. Czyli stare my wam, a oni nam – za trzydzieści parę lat jak dobrze pójdzie. Choć na razie dwa razy więcej dolarów i euro od 2004 trafiło do Polski od naszych rodaków pracujących za granicą, niż z tej rzekomo szczodrej Unii.

Cwani Grecy, pogodni Włosi, co roztropniejsi Hiszpanie widząc co się dzieje z europejskim systemem bankowym i oczekując wielkiego bum w dużym europejskim banku, wyjmują własne pieniądze z krajowych banków  i transferują je do Szwajcarii, USA i Ameryki Płd. (Grecy zabezpieczyli  w ten sposób 100-200 mld euro, Włosi prawdopodobnie ok. 500 mld ). Bo Włosi to jeden z najbogatszych narodów na świecie i indywidualnie najmniej zadłużony, ich całkowity majątek to 9,5 bln euro. Na każdą włoską rodzinę przypada średnio 400 tys. euro.

Tymczasem naiwni Polacy gwałtownie zwiększają wpłaty na bankowe konta włoskich , hiszpańskich , portugalskich czy niemieckich banków we własnym kraju. Depozyty ludności w listopadzie wzrosły o blisko 14 proc. czyli o 8 mld zł., a depozyty firm aż o 12, 6 mld zł. Centrale zagranicznych banków w Rzymie, Madrycie czy Frankfurcie zacierają ręce. Darmowe ubezpieczenia dla potencjalnych bankrutów i rozrzutników jest na wyciągnięcie ręki. Ciesząc się z pochwał w zagranicznej prasie zaciskamy więc pasa i deklarujemy braterską unijną pomoc. Jeszcze strefa euro nie zginęła, póki my płacimy…

Źródło: niezalezna.pl

Słabe nastroje na świecie osłabiły złotego w poniedziałek

grudzień 13th, 2011
Słabe nastroje na świecie osłabiły złotego w poniedziałek
Niezadowolenie inwestorów z rozstrzygnięć szczytu UE przełożyło się na osłabienie kursu euro wobec dolara, co w konsekwencji wywołało spadek wartości złotego. Zdaniem analityków rodzima waluta może wkrótce osłabić się do najniższego poziomu kilku lat.
“W poniedziałek obserwowaliśmy spadki na eurodolarze – euro osłabiło się do poziomu 1,3230 w stosunku do dolara. Przyczyny gorszych nastrojów upatruje się w niezadowalających rozstrzygnięciach szczytu UE. Co prawda zostało wypracowane porozumienie w sprawie paktu fiskalnego, jednak nie jest to daleko idący krok na rzecz walki z kryzysem zadłużeniowym strefy euro” – powiedział analityk DM TMS Brokers, Szymon Zajkowski.
Polska waluta najsłabsza od połowy 2009 roku – zobacz notowania złotego w Onet Biznes.
Na niejednoznaczną ocenę podjętych działań wpływa również fakt stanowczego sprzeciwu Wielkiej Brytanii odnośnie przystąpienia do wspomnianego paktu oraz niezdecydowanie Czech, Węgier oraz Szwecji. Ponadto główny ekonomista agencji ratingowej Standard and Poor Jean-Michel Six stwierdził, że kraje strefy euro są narażone na znaczne ryzyko wystąpienia poważnej recesji w przyszłym roku oraz kryzys kredytowy. W kontekście zeszłotygodniowego wciągnięcia przez S&P ratingów 15 państw strefy euro na listę obserwacyjna z możliwością ich obniżenia, wypowiedź ta może być zapowiedzią cięcia ratinków kilku państw.
“Pogarszające się nastroje na rynku osłabiły polską walutę do poziomów z końca listopada. Kurs euro osiągnął dzienne maksimum na poziomie 4,54 zł, a dolar na poziomie 3,43 zł. Wydaje się kwestią czasu kiedy złoty osiągnie wartość najniższą od czerwca 2010 roku w stosunku do dolara i najniższą od marca 2009 roku w stosunku do euro” – podsumował analityk.
W poniedziałek, ok. godz. 17:00 jedno euro kosztowało 4,5418 zł, a dolar 3,4369 zł. Kurs euro/dolara kwotowany był na 1,3217.
W poniedziałek po godz. 10:20 za jedno euro płacono 4,5218 zł, a za dolara 3,4021 zł. Kurs euro/dolar wynosił 1,3290.
W piątek, ok. godz. 16:55 jedno euro kosztowało 4,5142 zł, a dolar 3,3814 zł. Kurs euro/dolara kwotowany był na 1,3348. W piątek, ok. godz. 08:45 jedno euro kosztowało 4,5302 zł, a dolar 3,4084 zł. Kurs euro/dolara kwotowany był na 1,3291.
Źródło:onet.pl

Niezadowolenie inwestorów z rozstrzygnięć szczytu UE przełożyło się na osłabienie kursu euro wobec dolara, co w konsekwencji wywołało spadek wartości złotego. Zdaniem analityków rodzima waluta może wkrótce osłabić się do najniższego poziomu kilku lat.

“W poniedziałek obserwowaliśmy spadki na eurodolarze – euro osłabiło się do poziomu 1,3230 w stosunku do dolara. Przyczyny gorszych nastrojów upatruje się w niezadowalających rozstrzygnięciach szczytu UE. Co prawda zostało wypracowane porozumienie w sprawie paktu fiskalnego, jednak nie jest to daleko idący krok na rzecz walki z kryzysem zadłużeniowym strefy euro” – powiedział analityk DM TMS Brokers, Szymon Zajkowski.

Polska waluta najsłabsza od połowy 2009 roku – zobacz notowania złotego w Onet Biznes.

Na niejednoznaczną ocenę podjętych działań wpływa również fakt stanowczego sprzeciwu Wielkiej Brytanii odnośnie przystąpienia do wspomnianego paktu oraz niezdecydowanie Czech, Węgier oraz Szwecji. Ponadto główny ekonomista agencji ratingowej Standard and Poor Jean-Michel Six stwierdził, że kraje strefy euro są narażone na znaczne ryzyko wystąpienia poważnej recesji w przyszłym roku oraz kryzys kredytowy. W kontekście zeszłotygodniowego wciągnięcia przez S&P ratingów 15 państw strefy euro na listę obserwacyjna z możliwością ich obniżenia, wypowiedź ta może być zapowiedzią cięcia ratinków kilku państw.

“Pogarszające się nastroje na rynku osłabiły polską walutę do poziomów z końca listopada. Kurs euro osiągnął dzienne maksimum na poziomie 4,54 zł, a dolar na poziomie 3,43 zł. Wydaje się kwestią czasu kiedy złoty osiągnie wartość najniższą od czerwca 2010 roku w stosunku do dolara i najniższą od marca 2009 roku w stosunku do euro” – podsumował analityk.

W poniedziałek, ok. godz. 17:00 jedno euro kosztowało 4,5418 zł, a dolar 3,4369 zł. Kurs euro/dolara kwotowany był na 1,3217.

W poniedziałek po godz. 10:20 za jedno euro płacono 4,5218 zł, a za dolara 3,4021 zł. Kurs euro/dolar wynosił 1,3290.

W piątek, ok. godz. 16:55 jedno euro kosztowało 4,5142 zł, a dolar 3,3814 zł. Kurs euro/dolara kwotowany był na 1,3348. W piątek, ok. godz. 08:45 jedno euro kosztowało 4,5302 zł, a dolar 3,4084 zł. Kurs euro/dolara kwotowany był na 1,3291.

Źródło:onet.pl

W TVP wolno więcej…

listopad 28th, 2011
W TVP wolno więcej…
Dziennikarze TVP bez ogródek na antenie nawoływali do udziału w blokowaniu Marszu Niepodległości. I co się wydarzyło? Nic. A Jacek Sobala za udział w koncercie poświęconym ofiarom tragedii smoleńskiej przestał być szefem radiowej Trójki – przypomina portal wpolityce.pl.
I podaje przykłady. Michał Olszański, jeden z prowadzących “Pytanie na śniadanie” w TVP 2, już 29 lipca 2011 roku nawoływał do blokowania Marszu Niepodległości. Innym razem, ale w tym samym programie, Kazimiera Szczuka w taki sposób zachęcała do blokady patriotycznej demonstracji: „to zapraszamy na blokadę marszu faszystowskiego 11 listopada”, a redaktor Michał Olszański odpowiedział: „Tak jest, to jest ważne co powiedziała Kazimiera, że trzeba chodzić na tego typu marsze i pokazać, że dla nas to jest coś co jest niedopuszczalne. Spotykamy się zatem 11 listopada.”
Reakcji dyrekcji TVP na te słowa nie było. Milczała również „Gazeta Wyborcza”. A co się stało gdy były już szef radiowej Trójki Jacek Sobala wziął udział w koncercie poświęconym ofiarom tragedii smoleńskiej? 26 maja 2010 roku “GW” napisała triumfująco: “Sobala wyleciał z “Trójki” za wiec poparcia dla Kaczyńskiego” – przypomina portal wpolityce.pl.
„To był koncert zorganizowany miesiąc po tragedii smoleńskiej, która tak wstrząsnęła Polakami i która do dzisiaj nie została wyjaśniona. Zorganizował go warszawski klub “Gazety Polskiej”. Przyszli na niego ludzie prosto po mszy  świętej. W tym rodziny ofiar katastrofy. Powiedziałem na tym koncercie dosłownie kilka zdań. W tym to, że skończymy kiedyś z tym łajdactwem. Nie wymieniałem żadnej partii, nie nawoływałem do głosowania na kogokolwiek. Nie organizowała tego żadna partia. Rozpętano jednak po tym piekło. Zostałem zwolniony” – wspomina były dyrektor Trójki, a na pytanie czy to była nagonka, Jacek Sobala mówi: „Nie tylko miałem takie poczucie. To przyznał w prywatnej rozmowie ze mną Tomasz Jastrun. Zapytałem go o tę sprawę po tym jak w “Newsweeku” ukazało się wtedy w jednym numerze kilka tekstów na mój temat. Dociekałem więc o co chodzi. Padła odpowiedź: tak, to nagonka na Ciebie.”
Źródło: niezalezna.pl

Dziennikarze TVP bez ogródek na antenie nawoływali do udziału w blokowaniu Marszu Niepodległości. I co się wydarzyło? Nic. A Jacek Sobala za udział w koncercie poświęconym ofiarom tragedii smoleńskiej przestał być szefem radiowej Trójki – przypomina portal wpolityce.pl.

I podaje przykłady. Michał Olszański, jeden z prowadzących “Pytanie na śniadanie” w TVP 2, już 29 lipca 2011 roku nawoływał do blokowania Marszu Niepodległości. Innym razem, ale w tym samym programie, Kazimiera Szczuka w taki sposób zachęcała do blokady patriotycznej demonstracji: „to zapraszamy na blokadę marszu faszystowskiego 11 listopada”, a redaktor Michał Olszański odpowiedział: „Tak jest, to jest ważne co powiedziała Kazimiera, że trzeba chodzić na tego typu marsze i pokazać, że dla nas to jest coś co jest niedopuszczalne. Spotykamy się zatem 11 listopada.”

Reakcji dyrekcji TVP na te słowa nie było. Milczała również „Gazeta Wyborcza”. A co się stało gdy były już szef radiowej Trójki Jacek Sobala wziął udział w koncercie poświęconym ofiarom tragedii smoleńskiej? 26 maja 2010 roku “GW” napisała triumfująco: “Sobala wyleciał z “Trójki” za wiec poparcia dla Kaczyńskiego” – przypomina portal wpolityce.pl.

„To był koncert zorganizowany miesiąc po tragedii smoleńskiej, która tak wstrząsnęła Polakami i która do dzisiaj nie została wyjaśniona. Zorganizował go warszawski klub “Gazety Polskiej”. Przyszli na niego ludzie prosto po mszy  świętej. W tym rodziny ofiar katastrofy. Powiedziałem na tym koncercie dosłownie kilka zdań. W tym to, że skończymy kiedyś z tym łajdactwem. Nie wymieniałem żadnej partii, nie nawoływałem do głosowania na kogokolwiek. Nie organizowała tego żadna partia. Rozpętano jednak po tym piekło. Zostałem zwolniony” – wspomina były dyrektor Trójki, a na pytanie czy to była nagonka, Jacek Sobala mówi: „Nie tylko miałem takie poczucie. To przyznał w prywatnej rozmowie ze mną Tomasz Jastrun. Zapytałem go o tę sprawę po tym jak w “Newsweeku” ukazało się wtedy w jednym numerze kilka tekstów na mój temat. Dociekałem więc o co chodzi. Padła odpowiedź: tak, to nagonka na Ciebie.”

Źródło: niezalezna.pl

Wigilijne przyjęcie to ryzyko sporu z fiskusem

listopad 25th, 2011

Czy urzędy naliczą przychód i podatek uczestnikom świątecznych imprez firmowych? Po sprawie pakietów medycznych wszystko jest możliwe.

Fiskus od lat uważa, że osoby biesiadujące na koszt pracodawcy powinny zapłacić podatek. Do tej pory jednak przegrywał w sądach.

– Urzędy się nie poddają i skarżą niekorzystne wyroki – mówi Magdalena Saja, doradca podatkowy, partner w Doradztwo Podatkowe WTS & Saja.

– Obawiam się, że jeszcze ośmieli je uchwała pełnego składu Izby Finansowej Naczelnego Sądu Administracyjnego w sprawie abonamentów medycznych.

Nie trzeba korzystać ze świadczenia

Stwierdzono w niej, że wartość przyznanego pracownikowi pakietu świadczeń zdrowotnych trzeba doliczyć do jego przychodu i opodatkować. Niezależnie od tego, czy z nich skorzysta. Gdyby bowiem chciał uzyskać prawo do takich świadczeń, musiałby wykupić indywidualny abonament.

Jak podkreślono w opublikowanym niedawno uzasadnieniu do uchwały, już sama możliwość skorzystania z usług medycznych ma konkretną wartość finansową. Aby ją uzyskać, trzeba bowiem ponieść konkretne wydatki. W celu obliczenia tej wartości musimy znać cenę pakietu i liczbę beneficjentów (sygn. II FPS 7/10).

Jakie to ma przełożenie na świąteczne spotkania?

– Ze stanowiska NSA wynika, że do opodatkowania przychodu z nieodpłatnego świadczenia wystarczy już samo zaproszenie na imprezę – mówi Tomasz Piekielnik, doradca podatkowy w kancelarii Piekielnik i Partnerzy. – Nie trzeba nawet robić listy uczestników. Jeśli w firmie jest 15 osób i pracodawca wszystkim wysłał e-maila z zaproszeniem na przyjęcie, to – w świetle uchwały – każda z nich otrzymuje możliwość skorzystania ze świadczenia.

Organizator musi wszystko wyliczyć

Jak obliczyć przychód? Fiskus nie ma wątpliwości: podzielić kwotę z faktury za poczęstunek przez liczbę gości. Jego zdaniem ewentualne techniczne problemy z obliczeniem wartości świadczenia to możliwy do rozwiązania problem organizacyjny.

Musi się z nim zmierzyć pracodawca. On powinien doliczyć wartość świadczenia do wynagrodzenia pracownika i opodatkować. Odpowiada bowiem przed fiskusem za rozliczenie.

Jeśli uczestnik świątecznej imprezy nie jest u niego zatrudniony, musi spisać jego dane i przesłać do urzędu informację PIT-8C.

– Organizator może oczywiście przyjąć taką formułę spotkania, że nie sposób będzie ustalić liczby uczestników – tłumaczy Tomasz Piekielnik.

– Przykładowo, jeśli zaprosi także rodziny zatrudnionych. Pracodawca nie wie przecież, ile dzieci ma pracownik. Niestety, nie wyklucza to sporu z fiskusem. Poza tym trudno będzie wtedy zaliczyć wydatek na organizację imprezy do kosztów uzyskania przychodów.

– W tej sprawie trudno o dobre rozwiązanie – podsumowuje Magdalena Saja. – Nieopodatkowanie wigilijnego przyjęcia to ryzyko konfliktu z urzędem skarbowym. Jest wprawdzie dużo argumentów za tym, że takie świadczenia nie stanowią przychodu dla zaproszonych gości, ale jak widać na przykładzie pakietów medycznych, nie ma gwarancji przekonania do tego urzędników i sędziów.

– Ustąpienie fiskusowi i opodatkowanie świątecznego spotkania na pewno nie przysporzy organizatorowi popularności u jego uczestników. Moim zdaniem konieczna jest nowelizacja przepisów i wprowadzenie wyraźnego zwolnienia z podatku dla tego rodzaju świadczeń – dodaje ekspertka.

Argumenty przeciw podatkowi

Nie wszyscy sędziowie NSA zgadzają się z treścią uchwał w sprawie pakietów medycznych. Jak podkreślili w zdaniach odrębnych, nie można zapominać o tym, że definiując przychód jako jeden z elementów podstawy opodatkowania, ustawodawca odniósł to pojęcie wyłącznie do nieodpłatnych świadczeń otrzymanych, a nie postawionych do dyspozycji. Tymczasem aż do momentu wyrażenia woli przyjęcia świadczenia jest ono tylko postawione do jego dyspozycji, a nie otrzymane. Dopóki więc pracownik nie wyrazi chęci skorzystania z pakietu, nie powstaje po jego stronie przychód. Zdaniem sędziów zgłaszających zdania odrębne kontrowersyjne jest też ustalanie przychodu z nieodpłatnych świadczeń poprzez tworzenie ilorazu z ceny pakietów i ilości pracowników. Przepisy nie dają podstaw do wykonywania takich arytmetycznych działań. Przeciwnie – wynikająca z art. 217 Konstytucji RP zasada określania wszystkich elementów konstrukcyjnych podatku w ustawie wręcz zakazuje takiego działania.

Autor:Przemysław Wojtasik, WP.pl

Rząd przygotowuje kolejne ograniczenia dla palaczy

listopad 22nd, 2011
Rząd przygotowuje kolejne ograniczenia dla palaczy
Wciąż jeszcze nie przebrzmiało echo zapowiedzianej przez premiera podwyżki akcyzy na wyroby tytoniowe (wzrośnie o 4 proc.; paczka papierosów będzie droższa o ok. 80 groszy – więcej tutaj), gdy pod nogi miłośników puszczania dymków poleciały kolejne kłody.
Adam Fronczak – podsekretarz stanu w resorcie zdrowia – zapowiedział konieczność wprowadzenia kolejnych ograniczeń dla „osób palących w miejscach publicznych”. Zdaniem przedstawiciela rządu, kolejna nowelizacja ustawy antynikotynowej wpisze się w prowadzoną przez ministerstwo „walkę z nałogiem”. Na razie nie wiadomo, w jakim dokładnie zakresie urzędnicy postanowią ingerować w prywatne upodobania palących podatników. Fronczak zapowiedział jedynie konieczność dalszych obostrzeń, nad którymi tęgie głowy z ministerstwa już pracują. Prawdopodobnie należy spodziewać się poszerzenia indeksu miejsc zakazanych, w których palenie będzie karane mandatem.
Warto przypomnieć, że obowiązujące już od roku przepisy zakazują palenia nie tylko w środkach transportu publicznego, na przystankach komunikacji miejskiej (to można uznać za uzasadnione), ale także w prywatnych szkołach, obiektach sportowych, restauracjach, hotelach, zakładach pracy itp. Z naszych informacji wynika, że jednym z rozważanych pomysłów jest zakazanie palenia tytoniu w prywatnych samochodach.
W Europie szlak przeciera właśnie Towarzystwo Lekarzy Brytyjskich (BMA), które „wezwało rząd do podjęcia odważnej decyzji zakazania palenia w samochodach prywatnych”. Z kolei Polska Agencja Prasowa poinformowała, że już 25 listopada będzie rozpatrywany „projekt ustawy autorstwa laburzystowskiego deputowanego Aleksa Cunninghama przewidujący zakaz palenia w samochodzie,w którym znajduje się dziecko”. Podobne przepisy funkcjonują już w kilku prowincjach Kanady, RPA, USA oraz lokalnie w Australii. Można założyć, że gdy powyższe propozycje wejdą w życie, kolejnym krokiem będzie przeforsowanie zakazu palenia w mieszkaniach i związane z tym naloty policji na prywatne posesje. W polskich warunkach można by je połączyć np. z kontrolą ściągalności abonamentu telewizyjnego (obecnie taką możliwość mają… listonosze).
Poczynania polskiego resortu zdrowia będziemy oczywiście uważnie śledzić. Oczywiście ministerstwo cały czas podkreśla, że walka z uzależnieniem od tytoniu to „jedno z najważniejszych zadań w zakresie zdrowia publicznego”, więc na zmiłowanie urzędników nie ma co liczyć! Co ciekawe, o tym, że naczelnym celem ministerstwa jest nie tyle utrudnianie życia, co szczera troska o obywatela, miało świadczyć przytoczenie statystyki, z której wynika, że przeciętny palacz wydaje miesięcznie nawet 208 zł na ulubioną używkę. Szkoda, że na konferencji prasowej nie podano, jaka część tych pieniędzy trafia do budżetu państwa w formie akcyzy oraz podatku VAT…
Autor: Błazej Górski,nczas.com

Wciąż jeszcze nie przebrzmiało echo zapowiedzianej przez premiera podwyżki akcyzy na wyroby tytoniowe (wzrośnie o 4 proc.; paczka papierosów będzie droższa o ok. 80 groszy – więcej tutaj), gdy pod nogi miłośników puszczania dymków poleciały kolejne kłody.

Adam Fronczak – podsekretarz stanu w resorcie zdrowia – zapowiedział konieczność wprowadzenia kolejnych ograniczeń dla „osób palących w miejscach publicznych”. Zdaniem przedstawiciela rządu, kolejna nowelizacja ustawy antynikotynowej wpisze się w prowadzoną przez ministerstwo „walkę z nałogiem”. Na razie nie wiadomo, w jakim dokładnie zakresie urzędnicy postanowią ingerować w prywatne upodobania palących podatników. Fronczak zapowiedział jedynie konieczność dalszych obostrzeń, nad którymi tęgie głowy z ministerstwa już pracują. Prawdopodobnie należy spodziewać się poszerzenia indeksu miejsc zakazanych, w których palenie będzie karane mandatem.

Warto przypomnieć, że obowiązujące już od roku przepisy zakazują palenia nie tylko w środkach transportu publicznego, na przystankach komunikacji miejskiej (to można uznać za uzasadnione), ale także w prywatnych szkołach, obiektach sportowych, restauracjach, hotelach, zakładach pracy itp. Z naszych informacji wynika, że jednym z rozważanych pomysłów jest zakazanie palenia tytoniu w prywatnych samochodach.

W Europie szlak przeciera właśnie Towarzystwo Lekarzy Brytyjskich (BMA), które „wezwało rząd do podjęcia odważnej decyzji zakazania palenia w samochodach prywatnych”. Z kolei Polska Agencja Prasowa poinformowała, że już 25 listopada będzie rozpatrywany „projekt ustawy autorstwa laburzystowskiego deputowanego Aleksa Cunninghama przewidujący zakaz palenia w samochodzie,w którym znajduje się dziecko”. Podobne przepisy funkcjonują już w kilku prowincjach Kanady, RPA, USA oraz lokalnie w Australii. Można założyć, że gdy powyższe propozycje wejdą w życie, kolejnym krokiem będzie przeforsowanie zakazu palenia w mieszkaniach i związane z tym naloty policji na prywatne posesje. W polskich warunkach można by je połączyć np. z kontrolą ściągalności abonamentu telewizyjnego (obecnie taką możliwość mają… listonosze).

Poczynania polskiego resortu zdrowia będziemy oczywiście uważnie śledzić. Oczywiście ministerstwo cały czas podkreśla, że walka z uzależnieniem od tytoniu to „jedno z najważniejszych zadań w zakresie zdrowia publicznego”, więc na zmiłowanie urzędników nie ma co liczyć! Co ciekawe, o tym, że naczelnym celem ministerstwa jest nie tyle utrudnianie życia, co szczera troska o obywatela, miało świadczyć przytoczenie statystyki, z której wynika, że przeciętny palacz wydaje miesięcznie nawet 208 zł na ulubioną używkę. Szkoda, że na konferencji prasowej nie podano, jaka część tych pieniędzy trafia do budżetu państwa w formie akcyzy oraz podatku VAT…

Autor: Błazej Górski,nczas.com

Goliszewski: Platforma liberalna? A skąd, socjalistyczna!

listopad 21st, 2011
Goliszewski: Platforma liberalna? A skąd, socjalistyczna!
Prezes Business Center Club Marek Goliszewski gwałtownie protestuje przeciw nazywaniu Platformy Obywatelskiej partią liberalną. Marek Goliszewski mówi wprost: “Platforma to partia socjalistyczna”.
Szef Business Center Club mówił w TVN24, czego oczekuje po nowym rządzie Donalda Tuska. Jutro premier wygłosi expose w Sejmie, a później ma nastąpić zaprzysiężenie członków gabinetu.
Marek Goliszewski prezentując oczekiwania przedsiębiorców wobec nowego rządu starej koalicji PO-PSL, stwierdził, że wielkim błędem jest mówienie o Platformie Obywatelskiej, jak o partii liberalnej. Według niego, jest wręcz odwrotnie. “Platforma to partia socjalistyczna” – podkreślił Goliszewski.
Szef BCC przestrzegł przed podnoszeniem składki rentowej. To podobno jeden z punktów programu nowego gabinetu Donalda Tuska. “Poniesienie składki rentowej niestety może oznaczać, że nie będziemy chcieli tak dużo ludzi zatrudniać” – alarmował przed sejmowym expose.
Mocno krytykował także rząd za rozrost administracji. “Idzie pan do urzędu i stoi tam pan i czeka na dokumenty” – mówił rozżalony, podkreślając w ten sposób, że tysiące nowych etatów, jakie powstały w administracji w czasie pierwszej kadencji koalicji PO-PSL, niczego nie usprawniły.
Marek Goliszewski ma też wielki żal do premiera za pozbycie się z gabinetu dotychczasowego ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego.
“Życzę wszystkiego dobrego panu Gowinowi, ale bardzo żałuję, że minister Kwiatkowski został odwołany. Wiem, co zrobił i co zamierzał zrobić. To bardzo mądry człowiek” – prezes BCC nie szczędził byłemu szefowi resortu komplementów. “Jego odwołanie to bardzo zły sygnał” – podkreślił Goliszewski.
Źródło: dziennik.pl

Prezes Business Center Club Marek Goliszewski gwałtownie protestuje przeciw nazywaniu Platformy Obywatelskiej partią liberalną. Marek Goliszewski mówi wprost: “Platforma to partia socjalistyczna”.

Szef Business Center Club mówił w TVN24, czego oczekuje po nowym rządzie Donalda Tuska. Jutro premier wygłosi expose w Sejmie, a później ma nastąpić zaprzysiężenie członków gabinetu.

Marek Goliszewski prezentując oczekiwania przedsiębiorców wobec nowego rządu starej koalicji PO-PSL, stwierdził, że wielkim błędem jest mówienie o Platformie Obywatelskiej, jak o partii liberalnej. Według niego, jest wręcz odwrotnie. “Platforma to partia socjalistyczna” – podkreślił Goliszewski.

Szef BCC przestrzegł przed podnoszeniem składki rentowej. To podobno jeden z punktów programu nowego gabinetu Donalda Tuska. “Poniesienie składki rentowej niestety może oznaczać, że nie będziemy chcieli tak dużo ludzi zatrudniać” – alarmował przed sejmowym expose.

Mocno krytykował także rząd za rozrost administracji. “Idzie pan do urzędu i stoi tam pan i czeka na dokumenty” – mówił rozżalony, podkreślając w ten sposób, że tysiące nowych etatów, jakie powstały w administracji w czasie pierwszej kadencji koalicji PO-PSL, niczego nie usprawniły.

Marek Goliszewski ma też wielki żal do premiera za pozbycie się z gabinetu dotychczasowego ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego.

“Życzę wszystkiego dobrego panu Gowinowi, ale bardzo żałuję, że minister Kwiatkowski został odwołany. Wiem, co zrobił i co zamierzał zrobić. To bardzo mądry człowiek” – prezes BCC nie szczędził byłemu szefowi resortu komplementów. “Jego odwołanie to bardzo zły sygnał” – podkreślił Goliszewski.

Źródło: dziennik.pl

Hiszpania chce interwencji antykryzysowej

listopad 18th, 2011
Hiszpania chce interwencji antykryzysowej
W obliczu dramatycznego zaostrzenia kryzysu finansów publicznych w Hiszpanii premier Jose Luis Zapatero zażądał interwencji Unii Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego.
Występując w mieście Soria na północy kraju Zapatero zaznaczył, że UE musi niezwłocznie znaleźć odpowiedź na międzynarodowy kryzys.
- Potrzeba teraz takiego europejskiego banku centralnego, który naprawdę zasługuje na swą nazwę i który broni wspólnej waluty – powiedział szef hiszpańskiego rządu.
Dodał, że Hiszpania przekazała określone uprawnienia unijnej Radzie Ministrów, Komisji Europejskiej oraz EBC i instancje te muszą teraz zareagować.
- Europa musi dać odpowiedź na kryzys i zadbać o to, by powróciła stabilność – podkreślił.
Zdaniem Zapatero, obecna sytuacja daje co prawda Niemcom pewne korzyści, ale „jeśli napięcia na rynkach utrzymają się, kryzysem zostanie dotknięta cała strefa euro wraz z Niemcami”.
Źródło: PAP, Niezalezna.pl

W obliczu dramatycznego zaostrzenia kryzysu finansów publicznych w Hiszpanii premier Jose Luis Zapatero zażądał interwencji Unii Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego.

Występując w mieście Soria na północy kraju Zapatero zaznaczył, że UE musi niezwłocznie znaleźć odpowiedź na międzynarodowy kryzys.

- Potrzeba teraz takiego europejskiego banku centralnego, który naprawdę zasługuje na swą nazwę i który broni wspólnej waluty – powiedział szef hiszpańskiego rządu.

Dodał, że Hiszpania przekazała określone uprawnienia unijnej Radzie Ministrów, Komisji Europejskiej oraz EBC i instancje te muszą teraz zareagować.

- Europa musi dać odpowiedź na kryzys i zadbać o to, by powróciła stabilność – podkreślił.

Zdaniem Zapatero, obecna sytuacja daje co prawda Niemcom pewne korzyści, ale „jeśli napięcia na rynkach utrzymają się, kryzysem zostanie dotknięta cała strefa euro wraz z Niemcami”.

Źródło: PAP, Niezalezna.pl